Skip to content

ANATOMIA DE VANITATS – The Anthropic Principle [PL/ENG]

19/05/2013

ANATOMIA DE VANITATS – The Anthropic Principle
download 2013
Cryo Chamber

anatomia

autor recenzji / reviewed by: stark

PL: Anatomia De Vanitats to ta ładniejsza połowa hiszpańskiego duetu Eldar. Ale podczas gdy w swoim macierzystym projekcie Merce Spica wraz z partnerem balansują na styku kilku gatunków muzycznych, tak “The Antrophic Principle” to czystej krwi dark ambient.

Tematyka płyty obraca się wokół zasady antropicznej, według której fundamentalne prawa panujące we wszechświecie oraz podstawowe stałe fizyczne są zbieżne z istnieniem życia, człowieka w szczególności. Mikroskopijne choćby odchylenie powoduje, że koncepcja życia jako takiego staje się zupełnie abstrakcyjna. “Świat jest jaki jest, gdyż istnieją istoty, które zastanawiają się dlaczego tak jest”.

Teoria to interesująca, stawiająca w pewien sposób istnienie człowieka w centrum wszechświata – wszystko dąży do takiej konfiguracji aby w niezmierzonej pustce zakwitło życie. Balansuje to mocno na pograniczu nauki i religii, nie czas tu jednak na takie rozważania. Muzyka na płycie paradoksalnie jednak niewiele ma w sobie humanistycznych idei. Czynnik ludzki na “The Anthropic Principle” jest właściwie nieobecny, ale chyba rozumiem zamysł jaki towarzyszył artystce. Wszystkie utwory zawarte na płycie to wręcz idealna, niezwykle sugestywna ilustracja chaosu dążącego do harmonii – każdy fragment początkowo ma formę bezkształtnej masy, która z każdą kolejna sekundą przybiera formę i uporządkowaną konstrukcję. Merce opiera brzmienie na wirujących masach powietrza i organicznie brzmiących dronach na pozór abstrakcyjnych, w ostatecznym rozrachunku jednak przemyślanych, osiągających strukturę idealną. Punkt, w którym może rozpocząć się formowanie życia i świadomości.

Ale do tego momentu te pojęcia nie mają racji bytu. Spójrzmy na samą atmosferę płyty: przecież ona nie jest ani mroczna, ani melancholijna, triumfalna czy depresyjna. Ciężka do opisania słowami, które z góry zakładają ingerencję w odbiór typowo ludzkich uczuć i emocji. Takie jest przynajmniej moje wrażenie, wasze może być zgoła odmienne. Ale dla mnie ta płyta jest obca. Tak jak obcy jest kosmos. Czasem zdarzy się jaśniejszy pejzaż dźwiękowy, strzęp rytmu… Ale to po prostu wyłania się z tej muzycznej próżni, wcale wyłonić się nie musiało. Jak wspomniałem wcześniej: chaos dążący do harmonii, o tym jest ta płyta. Czy przez świadome działanie nieokreślonej siły wyższej, czy przypadkowe ułożenie się wszystkich czynników w sposób taki, dzięki któremu mogę snuć tu te bezcelowe rozważania – na to sami sobie odpowiedzcie.

“The Anthropic Principle” wydał Simon Heath poprzez swoją wytwórnię Cryo Chamber. Komora Kriogeniczna na świat wypuszcza swoje materiały tylko w formie cyfrowej, parę z nich doczekało się już formy fizycznej dzięki innym labelom (Sabled Sun w OEC, Atrium Carceri/Eldar w Infinite Fog). Mam nadzieję, że i debiut Anatomia De Vanitats wyjdzie na CD, bo materiał to bardzo solidny, chwilami świetny. A ja mimo wszystko wciąż wolę słuchać muzyki z płyt, wąchać książeczkę, denerwować się, kiedy powyłamują się ząbki przytrzymujące srebrny krążek… Na chwile obecną muszę zadowolić się mp3, ale jakoś to przeżyję, bo do dzieła Merce naprawdę warto wracać.

ENG: Anatomia De Vanitats is the prettier half of the Spanish duo Eldar. But while in their main project Merce Spica and her partner balance on the junction between several musical genres, “The Anthropic Principle” is a purebred dark ambient album.

The concept of the album revolves around the anthropic principle, according to which the fundamental laws of the universe and the fundamental physical constants are consistent with the existence of life, in particular with human beings. Even a microscopic deviation means that the concept of life itself becomes completely abstract. “The world is necessarily as it is, because there are beings who wonder why so.”

An interesting theory that, in a way, puts human existence in the center of the universe – everything aims at such a configuration where life can blossom in immense emptiness. All this balances firmly on the intersection of science and religion, but there is no time for such considerations. The album, however, paradoxically enough, contains little of the humanistic ideas. The human factor on “The Anthropic Principle” is actually absent, but I think I understand the idea that accompanied the artist. All tracks on the album are almost perfect, a very suggestive image of chaos striving for harmony – each piece has initially the form of a shapeless mass, and with the passing of time takes the form of an organized structure. The foundations of Merce’s sound are rotating masses of air and organic drones seemingly abstract, but in the end well-thought, achieving the ideal combination. The point at which the formation of life and consciousness can begin.

But until then, these terms don’t have the right to exist. Let’s look at the very atmosphere of the album: it’s neither dark nor melancholic, neither triumphant nor depressive. Hard to describe in words, that presuppose the interference of typical human feelings and emotions in the reception of this work. This is at least my perception, yours may be quite different. But for me, this album is distant. As distant as the cosmos. Sometimes a brighter soundscape or rhythmic fragment appears… But it just emerges from the musical void for a moment and an instant later disappears without a trace. As I mentioned earlier, chaos striving for harmony, this is what the album is about. Is it through deliberate action of an unspecified force majeure or through an accidental arrangement of all the factors in such a way so that I can perform this pointless deliberation here? You must answer this question yourselves.

“The Anthropic Principle” was released by Simon Heath and his label Cryo Chamber. He releases his albums only in mp3, although some of them have lived to see a physical format through other labels (Sabled Sun via OEC, Atrium Carceri / Eldar via Infinite Fog). I hope that the debut of Anatomia De Vanitats will come out on CD as well, because it’s very solid, sometimes brilliant stuff. Yet I still prefer to listen to music from CDs, to smell the booklet, get angry when those little plastic catches that hold the silver disc break… At the moment, we have mp3 only, but I can live with that, because Merce’s work is really worth coming back to.

Cryo Chamber

PARZIVAL – Die Kulturnacht [PL/ENG]

19/05/2013

PARZIVAL – Die Kulturnacht
CD 2012
VME/Euphonious [PHONI 032]

parzival

autor recenzji / reviewed by: Rafał Nowotny

PL: Muszę przyznać, ze mój jedyny, bliższy kontakt z twórczością tego rosyjsko-duńskiego projektu miał miejsce kilkanaście lat temu za sprawą pierwszej pełnowymiarowej produkcji zatytułowanej ‘Anathema Maranatha’. Późniejsze wydawnictwa odnotowywałem w swojej świadomości, ale dokładniejszego kontaktu organoleptycznego nie podjąłem. Dlaczego tak się stało sam nie wiem do dziś. Stylistyka uprawiana przez kamratów z Parzival jest bliska mojej estetyce i nie zostaje mi nic innego, jak zapoznać się wcześniejszymi płytami, które przypadkiem pominąłem.

‘Die Kulturnacht’ to już siódmy materiał w dyskografii Parzival. Zanim zabrałem się do przesłuchiwania nowej odsłony postanowiłem odświeżyć sobie leżący grzecznie na półce debiut. Po tej pasjonującej konfrontacji przypomniałem sobie jednocześnie to, co nie do końca mi w nim pasowało. Połączenie marszowo-industrialnych hymnów z nieco technoidalnym beatem było na dłuższą metę męczące i w szerszym ujęciu drażniące i sztuczne. Jak przebiegała ewolucja na kolejnych wydawnictwach niestety nie wiem, w każdym bądź razie na ‘Die Kulturnacht’ ten element zanikł całkowicie. I chwała im za to! Zanikły również gregoriańskie, chóralne zaśpiewy oraz folklorystyczna ornamentyka. Efektem tego jest epicka, marszowa neoklasyka pozbawiona zbędnych elementów, które mogłyby zakłócić pełen majestatu przemarsz Parzivala przez nasz pokój, ewentualnie przez mózgoczaszkę, gdy postanowimy zagłębić się w dźwięki za pomocą zestawu słuchawkowego. Dodajmy do tego niski, ponury głos wokalisty melodeklamujący zarówno w języku Aleksandra Puszkina, jak i Johanna Wolfganga von Goethe oraz chóry utrzymane w totalitarnym duchu a otrzymamy konglomerat idealny dla lubujących się w maszerowaniu z pochodnią w dłoni. Mnie przed oczami ukazała się wizja Ryszarda Wagnera, który wraz z Grigorijem Rasputinem udają się na koncert Laibach w Monastyrze Sołowieckim.

Niektórzy mawiają nieco złośliwie, że Parzival brzmi bardziej jak Laibach niż sam Laibach. Jest w tym sporo prawdy, bo nie znam drugiego zespołu, który czerpałby inspirację w tak dosłowny sposób ze słynnych Słoweńców. Mnie ten fakt w zupełności nie przeszkadza, pomimo wrażenia, że panowie z zespołu w życiu codziennym nie chodzą, tylko maszerują i nie mówią a przemawiają. Utwory na ‘Die Kulturnacht’ wbrew wszechobecnej wzniosłości nie męczą, co jest efektem sprawności kompozytorskiej i umiejętności trzymania wylewającego się patosu w ryzach. W każdym bądź razie, jeśli planujecie najechać pobliską wioskę, osadę bądź w najlepszym razie działkę sąsiada, to ostatnie wydawnictwo Parzival będzie do tego czynu idealnym podkładem muzycznym.

ENG: I have to admit that my only, closer contact with the works of this Russian-Danish project took place several years ago through the first full-length production entitled ‘Anathema Maranatha’. Subsequent releases I have noted in my consciousness, but I never tried to have more organoleptic contact with them. Why this way it happened I do not know to this day. The music style practicing by comrades of Parzival is very close to my aesthetics and there is no point for me just check all these earlier records, which I accidentally omitted.

‘Die Kulturnacht’ is already seventh record in the Parzival discography. Before I got down to listen to this newest issue I decided to refresh the debut release lying politely on the shelf. After this fascinating confrontation I remembered simultaneously what not entirely had fitted for me in it. Connecting march-industrial anthems with some technoidal beats was in the long run tiring and somewhat annoying and artificial. How the evolution proceeded on next publications unfortunately I don’t know, in any case on ‘Die Kulturnacht’ this element disappeared entirely. And glory for them! Gregorian choral and folklore ornaments also disappeared. The result is an epic, martial neoclassical without unnecessary items that could interfere with the full of majesty Parzival’s march through our room, possibly through our cranium when we decide to get into the sounds using headphones. Add to that low, sombre voice of lead singer melodeclamating in language of Alexander Pushkin, as well as Johann Wolfgang von Goethe and choirs of a totalitarian spirit and we will obtain a perfect conglomerate for one’s being fond of marching with the torches in their hands. In front of my eyes appeared the vision of Richard Wagner, who, along with Grigori Rasputin, goes to the concert of Laibach inside the Solovetsky Monastery.

Some are saying a little bit maliciously that Parzival sounds more as Laibach than Laibach itself. This opinion is including quite a lot of truth, because I don’t know the second team which would draw the inspiration in such a literal way from famous Slovenians. For me this fact completely isn’t disturbing, in spite of the impression that men from the team in the everyday life don’t walk, only marching and are not speaking, only declaiming . Works on ‘Die Kulturnacht’ against the omnipresent nobility are not tiring what is an effect of the composer’s efficiency and the ability of keeping a tight rein on the spilling pathos. In any case, if you plan to invade the nearby village, settlement or at best a neighbor’s plot, the latter release of Parzival will be perfect background music for this act.

VME Group

Contest #11

19/05/2013

PL: Mamy do rozdania cztery sztuki płyty DigitalSimplyWorld – “Singles”. Materiał ten oficjalnie jest co prawda dostępny za darmo w formie cyfrowej, ale my mamy egzemplarze na CDr przygotowane własnoręcznie przez muzyka. Aby je otrzymać wystarczy wymienić, powiedzmy, trzech artystów, którzy – poza DigitalSimplyWorld – wystąpią na tegorocznej edycji Ambient Festiwalu w Gorlicach. Na odpowiedzi czekam do przyszłej niedzieli, godz. 12.00 pod adresem santasangre.magazine@gmail.com. Wylosujemy czwórkę szczęśliwców i wyniki ogłosimy wieczorem, podczas następnej aktualizacji.

ENG: We have to give away four copies of DigitalSimplyWorld – “Singles” album. This material is indeed officially available for free in digital form, but we have copies on hand-prepared CDr by the musician himself. If you want to receive it name three artists who – apart from DigitalSimplyWorld – will perform at this year’s Ambient Festival in Gorlice. I’m waiting for the answers until next Sunday, 12.00 PM at santasangre.magazine@gmail.com. We’ll draw four lucky ones and the results will be announced in the evening, during the next update.

dsw_singles

MONADE – Your Own Ghost [ENG/PL]

19/05/2013

MONADE – Your Own Ghost
CD-r/download 2013
xpl 014

monade

reviewed by / autor recenzji: Peter Marks

ENG: While Exai is agonized over and dissected piece by piece, Monade’s new record manages to do what tired dinosaurs have abandoned in pursuit of relevancy: incarnate the imagination. Bright and vivid compositions explode with both light and shade in perfect balance. This is the second work by Roberto Donato and is a sumptuous feast for the senses. There are glorious, extended passages of ambient perfection and also you will find jarring beats mixing it up in a kind of surrealistic installation that by turns soothes and sears the psyche. The journey is there, the path laid out in front of you but the choice is yours and yours alone… do we plunge into the extremities of mind or do we remain tethered to what is known and comfortingly reassuring.

The cynic in me wants to inform our readers that these twittering glitches and disconcerting jabs of machinery gone off the rails are what past their sell by date bands from the 1980s utilize to give their unfinished, static sketches an ‘organic’ feel.

This is how one does these things correctly. Your mind can easily flesh out the rest, there is no need for any guide markers. Either Monade’s new work appeals to you or it does not and it is this lack of a muddling middle ground which sets this group so far apart from the established norms of whatever IDM is considered now. Perhaps the intelligent quotient is what I’m hearing here, and if that is the case, I don’t want to even know what the other two letters stand for.

Progressions, melody, tone. These three constants run through Your Own Ghost like blood in an arterial system; the sustenance provided will keep your grey matter on it’s toes even as the splendid atmospheres of Monade soothe your troubles away. An album for dark, wintery reflections and an album given over to reflective moments that will have your thoughts curling in upon themselves. The endless, infinite divisibles of mathematics have their hour on Your Own Ghost and for the duration we become abstract patterns of consciousness. To play amidst the light and shade of contrasting doctrines and to know somehow that there is a reason we’re unable to understand.

This label continues to release dynamic, resolute material. Now on their fourteenth outing, Xtraplex are becoming highly stylized in who and what they choose to put out. I hope they didn’t think I’d forgotten, because that would be impossible.

PL: Podczas gdy Exai dogorywa, rozrywany kawałek po kawałku, nowa płyta Monade osiąga to, co zmęczone dinozaury porzuciły podczas swojej drogi: inkarnację wyobraźni. Jasne i żywe kompozycje wybuchają zarówno światłem, jak i cieniem w doskonałej równowadze. Drugie dzieło Roberto Donato to zdecydowanie wystawna uczta dla zmysłów. Mamy tu wspaniałe pasaże ambientowej perfekcji, ale i ostre bity, co w efekcie miesza się w rodzaj surrealistycznej instalacji, która na przemian koi i wypala psychikę. Ścieżka rozpościera się dokładnie przed wami, ale wybór należy wyłącznie do was… zanurzamy się w ekstremach umysłu, czy pozostajemy przykuci do tego co jest nam znane i pocieszająco uspokajające?

Cynik we mnie pragnie poinformować naszych czytelników, że te świergoczące trzaski i niepokojące uderzenia maszyny, która zjechała z torów, to coś co stare bandy z lat 80-tych wykorzystywały aby dać swym niedokończonym starym szkicom “organiczny” feeling.

A tu mamy kogoś, kto robi to jak należy. Wasze umysły spokojnie mogą same dopowiedzieć sobie całą resztę, ta muzyka nie potrzebuje żadnych kierunkowskazów. Albo nowa praca Monade do was trafi, albo nie i właśnie ten brak ogłupiającej przestrzeni neutralnej sprawia, że ta grupa jest tak odległa od tego, co dziś uważa się za IDM. Ten przedrostek “inteligentny” mogę tu dostrzec, ale w takim razie nie chcę nawet domyślać się, co mogą oznaczać pozostałe dwie litery.

Progresja, melodia, brzmienie. Te trzy stałe wartości płyną przez “Your Own Ghost” jak krew przez ciało; pożywka, dostarczana przez płytę utrzyma wasze szare komórki na baczności nawet jeśli wspaniałe klimaty Monade ukoją twoje zmartwienia. To album do ciemnych, zimowych rozważań. Niekończące się matematyczne podzielniki mają swój czas na “Your Own Ghost”, a na czas trwania tej płyty stajemy się abstrakcyjnymi ścieżkami świadomości. Grać pośród światła i cienia kontrastujących ze sobą doktryn i wiedzieć, że istnieje racja, której nie jesteśmy w stanie zrozumieć.

Wytwórnia kontynuuje wydawanie dynamicznych, konkretnych rzeczy. W swojej czternastej wycieczce Xtraplex mocno wystylizowują się w kontekście mówiącym o tym kogo i co chcą wydawać. Mam nadzieję, że nie myślą, że zapomniałem, bo to niemożliwe.

Xtraplex Records

HAKOBUNE – If It Were To Fade [PL/ENG]

19/05/2013

HAKOBUNE – If It Were To Fade
CD 2013
gterma [gterma029]

hakobune

autor recenzji / reviewed by: stark

PL: Ależ płyta. To już jest materiał dla osobników o szczególnej wrażliwości. Dla obcujących z ambientem sporadycznie będzie to album wymagający niebiańskiej wręcz dozy cierpliwości, gdyż słuchanie tego świadomie i uważnie raczej mija się z celem. W przypadku “If It Were To Fade” mamy dwie opcje: albo stapiasz się z tą muzyką w jedno, albo odpadasz. Kompromisu nie ma.

Hakobune pochodzi z Japonii, za projektem stoi Takahiro Yorifuji. Mimo relatywnie krótkiego stażu artystycznego Japończyk zdążył nagrać całą masę albumów kolaborując m.in. z naszym Pleq czy Celer. Dla mnie to jednak pierwsze zetknięcie z tym projektem i myślę, że spróbuję zapoznać się również z innymi materiałami Hakobune, choćby po to, aby sprawdzić czy wszystkie cechuje właśnie tak sugestywne podejście do muzyki.

Mamy tu trzy utwory, a właściwie dwa plus krótką, pięciominutową miniaturkę pod koniec. “Evergreen” trwa minut czterdzieści. “Faraway”, trzydzieści cztery. I albo poświęcamy całego siebie, zapominamy o wszelkich czynnikach zewnętrznych, zamykamy drzwi na klucz, zaciągamy zasłony i rolety, wyłączamy komórkę, nakładamy słuchawki i odpływamy, albo… wkładamy płytę do odtwarzacza, wciskamy “play” i… zapominamy o niej. Tu nie ma półśrodków, wóz albo przewóz.

“Evergreen” to dość ciepły, ale bardzo mglisty, gęsty dron, spod którego leniwie wyłaniają się lekkie muśnięcia strun gitary, jak spływające po szybie pojedyncze krople odchodzącego letniego deszczu. Ciężko powiedzieć, żeby utwór ten się rozwijał, to senna, statyczna impresja, mimo, że trwająca tak długo, to i tak sprawiająca wrażenie wyrwanej z jeszcze większej całości. I tak jak wspominałem, słuchając tego trzymając się wspomnianych wcześniej zasad, odpłyniesz w niebyt, uniesiesz się ponad oceanem i podryfujesz w powietrzu lekki niczym piórko. Jeżeli zaś płytę się włączy i zajmie sprzątaniem mieszkania albo przygotowywaniem obiadu, to nie będzie ona znaczyć więcej niż ptaki śpiewające za oknem czy wiatr muskający dzwoneczki feng shui u sąsiada.

Podobnie sprawa się z “Faraway”, w którym melancholijne, zadumane drony nie brzmią wcale czysto i przejrzyście, lecz jakby płynęły “zza ściany snu” przenikając do królestwa jawy, ale w sposób taki, że tylko wtajemniczeni to zauważają. Choć sama struktura tego fragmentu jest nieco bardziej konkretna, pojawia się zapętlony fragment melodii, jak również quasichóralne brzmienia. Ale fajerwerków formalnych spodziewać się tu również nie należy, to dźwiękowa otulina wokół podświadomości słuchacza. Dopiero zamykająca płytę tytułowa miniatura wprowadza odrobinę zamętu w błogostan słuchacza. Błękit nieba ciemnieje, atmosfera się zagęszcza, drony, z których składa się ten utwór mają bardziej przejmujący, prawie dramatyczny wydźwięk.

To nie płyta dla szukających skomplikowanych struktur formalnych, ciekawostek i niuansów brzmieniowych, jej asceza i minimalizm są posunięte bardzo daleko, nawet ode mnie wymagała sporo cierpliwości żeby się z nią przegryźć. I nie, nie napiszę, że jeżeli poświęci się jej odpowiednią ilość czasu, to zapewni niezapomniane wrażenia i emocje. Ale przy odpowiedniej dozie dobrej woli i przy odcięciu się od bodźców z zewnątrz ten materiał jest w stanie pomóc słuchaczowi oderwać się na tę godzinę z okładem od codziennej rutyny. A potem można odłożyć płytę na półkę, zapomnieć o niej i wrócić kiedy będzie taka potrzeba, kiedy będziemy mieli dość otaczającego nas miejskiego zgiełku. Po to została stworzona.

ENG: What an album. This is material for individuals with a special sensitivity. For those who listen to ambient music occasionally it will require a heavenly dose of patience, because listening to it 100 % consciously and carefully is rather pointless. In this album’s case there are two options: either you fuse with the music as one, or you drop out. Compromise just isn’t possible.

Hakobune comes from Japan, the boss of the project being Takahiro Yorifuji. Despite his relatively short artistic career this Japanese managed to record a whole bunch of albums including collaborations with our Pleq and Celer. For me it’s the very first encounter with this project and I think after this I’ll try to find other materials by Hakobune, even if only to check whether all of them feature so evocative an approach to the music.

There are three tracks, well actually two plus a short, five-minute miniature at the end. “Evergreen” is forty minutes long. “Faraway”, thirty-four. And either we devote all of ourself, forget about all external factors, close the door, close the curtains and blinds, turn off the cell phone, put on headphones and drift away, or… we insert the disc into the player, press “play” and… forget about the music. There is no half-measures, sink or swim.

“Evergreen” is built of quite warm, but very foggy, dense drones, and slowly emerging serene brushes of guitar strings, like drops of summer rain running down the window. It’s hard to say that this track is progressing in any way – its sleepy, static impression, although long, still looks like a torn piece of an even greater whole. And as I mentioned, listening to it and holding to the aforementioned principles, you’ll sail off into oblivion, float over the ocean and drift in the air as light as a feather. But if you turn it on while cleaning the house or preparing dinner, then it won’t mean anything more than the birds singing outside or the neighbour’s feng shui bells skimmed by the wind.

“Faraway” holds a similar atmosphere- melancholic, meditative drones that don’t sound clean and clear, more like they come “from behind the wall of sleep”, penetrating into the kingdom of reality, but in such a way that only the initiated would notice. Although the very structure of this track is a bit more concrete, there is a looped piece of melody, as well as quasi-choral sounds. But don’t expect formal fireworks, its sounds hover around the listener’s subconscious. Only the title miniature brings a small dose of disturbance in the listener’s bliss. The blue sky darkens, the atmosphere thickens, the drones that this track is constructed of have a more poignant, almost tragic overtone.

“If It Were To Fade” is not for those looking for sophisticated formal structures, curiosities and nuances of sound, its asceticism and minimalism are reaching very far, even in my case this release required a lot of patience to wander through it. And no, I won’t write that it will provide unforgettable experiences and emotions if you devote it a reasonable amount of time. But with the right dose of good will and the cutting off of external stimuli, this music is able to help you break away of your daily routine for a bit more than an hour. And then you can put the disc on the shelf, forget about it and come back again when it is needed, when you’ve had enough of the external hustle and bustle. This is its purpose.

gterma

From the diary of the citizen of the world – interview with Łukasz Szałankiewicz (ZENIAL) [ENG]

13/05/2013

zenial_1

author: Valentine Wiggin (aka Sylwia Partyka)

We invite you to read the interview with Łukasz Szałankiewicz mostly known from Zenial project, but as you may read below, he’s also very active on other musical and non-musical grounds. About past present and future we talk. Enjoy.

Read more…

Z pamiętnika obywatela świata – wywiad z Łukaszem Szałankiewiczem (ZENIAL) [PL]

13/05/2013

zenial_1

autorka wywiadu: Valentine Wiggin (aka Sylwia Partyka)

Zapraszamy do lektury wywiadu z Łukaszem Szałankiewiczem znanym głównie z projektu Zenial, ale jak możecie przeczytać poniżej, aktywnym również na wielu innych muzycznych i pozamuzycznych płaszczyznach. Rozmawiamy o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Miłej lektury.

Read more…

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 46 other followers