K. – There’s a Devil Waiting Outside Your Door
CD 2012
Ur Muzik [UR 006]
autor recenzji: stark
Dorobiliśmy się naszego Bohrena – tak sobie pomyślałem po moim dziewiczym zetknięciu z płytą jednoosobowego, enigmatycznie nazwanego projektu, czyli K. Ale teraz tak sobie myślę, że choć sporo w tym prawdy, to jednak koniec końców nazwanie K. naśladowcą byłoby mocno krzywdzące.
Bohren & Der Club of Gore to mistrzowie klimatu, i tu nawet nie ma co dyskutować. Tyle, że Niemcy w porównaniu z K. wydają się być bardziej stonowani, a i sama muzyka także jest jakby skromniejsza w kwestii użytych środków wyrazu – choć Bohren używa żywych instrumentów, w przypadku K. takiej pewności na sto procent nie mam.To jest jednak kwestia drugoplanowa. U naszego rodaka więcej się dzieje, to nie tylko obserwowanie ciemnej linii wieżowców deszczową nocą w towarzystwie damy w krwistoczerwonej sukni i futrem z lisa owiniętym wokół szyi oraz ramion i wspólne snucie planów morderstwa jej bogatego męża. To również pościgi stylowymi Packardami, mężczyźni w długich płaszczach grzejący z Thompsonów do niewygodnych świadków, rozgrywki na najwyższych szczeblach władzy między aniołami o brudnych twarzach… Piszę obrazowo, bo i muzyka jest obrazowa. Jasne, idąc na łatwiznę, można to określić mianem “noir jazzu” i wcale w takim przypadku by się nie skłamało, bo sporo tu tego charakterystycznego, niespiesznego rytmu, odpowiednio zarysowana linia basu, niepokojąca atmosfera… ale jak dla mnie ma ta płyta również wybitnie filmowy charakter, projektuje odpowiednie, czarno-białe (albo w najgorszym przypadku w technicolorze) obrazy. W sumie zaskoczyło mnie tak nikłe wykorzystanie sampli z filmów z epoki – wiem, ograny to chwyt, ale w tym przypadku absolutnie bym się nie pogniewał.
Zdarzy się czasem K. uciec w takie knajpiano – alkoholowe ballady a la Division S (choć bez wokali oczywiście), albo nawet w nieco progrockowe rejony w stylu Morte Macabre (np. fragment nr 11) i to jest fajne, ale raczej podąża muzyk jasną, świadomie wyznaczoną przez siebie ścieżką budując misternie klimat żywcem wyjęty z ciemnych zaułków wielkiej amerykańskiej metropolii kilkadziesiąt lat temu. Jest dobrze, polecam.
DEUTSCH NEPAL – Amygdala
DEUTSCH NEPAL – Amygdala
CD 2011
Autarkeia [acd 066]
autor recenzji: Tomasz Właziński
Pochodzący z 2011 roku ostatni jak dotąd album Petera Anderssona aka DEUTSCH NEPAL, to w zasadzie wszystko co znamy i do czego ów projekt zdążył nas przyzwyczaić. Tym razem płyta wydana dla litewskiej stajni Autarkeia, to 9 numerów, czyli 67 minut blaszanego świata, eteryki i ambientu.
Od pieśniowego ” Eternal day”, posępnego numeru opartego o marszowy niespiesznie wybijany rytm, zostajemy wprowadzeni do mrocznego świata DEUTSCH NEPAL. Album pod względem atmosfery jest bardzo spójny, co nie znaczy ze te 9 utworów zostało oparte na jednym pomyśle budowania klimatu. Już drugi song ” Take u out of control” to repetetywny rytm unurzany w postindustrialne pejzaże. Psychodeliczna, wrecz psychoaktywna podróż. Nie brakuje również o wiele bardziej ambientalnych, eterycznych klimatów bliskim Troum, jak choćby w utworze “Amygdala”, jednym z lepszych na albumie. W takiej roli DEUTSCH NEPAL wypada dla mnie najbardziej przekonująco. W długich niemalże transowo budowanych strukturach danego numeru. Tam gdzie postindutrialne tło, fabryczny klimat łączy się z niemalże rytualnymi zaśpiewami DEUTSCH NEPAL tworzy jedyny w swoim rodzaju dźwiękowy mroczny pochód. Takim właśnie jest najlepszy na “Amygdali” , utwór “An invitation to heaven”. Bezsprzecznie faworyt płyty. Udała się DEUTSCH NEPAL pewna sztuka połączenia swoistego rodzaju smutku, melancholii z industrialną rzeczywistością. Wszystko to świetnie ze sobą współgra, tworząc bardzo udany krążek. Gdzie ezoteryka przebija się przez ambientowe struktury aby napotkać mroczne, rytualne zewy. Serdecznie polecam.
TRIARII – Exile [PL/ENG]
TRIARII – Exile
CD 2011
Eternal Soul [CD 12]
autor recenzji: stark
translated by: Sylwia Partyka
PL: Tak się dziwnie złożyło, że nazwy jedynych parających się klimatami, ogólnie rzecz biorąc, militarnymi zespołów, których w miarę regularnie słucham lub do których zawsze chętnie powracam, rozpoczynają się na “T”. To Turbund Sturmwerk, Tribe Of Circle, Toroidh i TRIARII. Mam jednak niejasne wrażenie, że niedługo ta już teraz krótka lista skurczy się do ledwie trzech pozycji, bo coraz bardziej irytuje mnie ścieżka, którą podąża ostatni z tych projektów.
TRIARII wymyśliło sobie swój sposób na muzykę i nie byłoby w tym przecież nic złego, gdyby nie fakt, że teraz sposób ów jest eksploatowany, wręcz żyłowany do bólu. Ja wiem, że wiele projektów wyrabia swój styl, który później staje się znakiem firmowym, czymś, co po pierwszych dźwiękach pozwala rozpoznać z kim mamy do czynienia. Ale w większości przypadków nawet zespoły złożone z zakutych pał, zamkniętych na cokolwiek nowego, świeżego, innego potrafią postawić choćby drobny kroczek do przodu, albo przynajmniej w bok. TRIARII na nowym mini zatytułowanym “Exile” brzmi identycznie jak na poprzednich płytach. Cholera, gdybym nie wiedział, że wydali coś nowego i wrzucił krążek w ciemno do odtwarzacza, doszedłbym do wniosku, że znowu słucham “Muse In Arms”. To nie tylko to samo brzmienie, to wręcz te same utwory, kompozycje, te same teksty, różniące się może drobnymi szczegółami! Znowu “I am to, I am tamto, I am sramto”. Stagnacja, marazm… te określenia nawet w połowie nie oddają istoty sprawy. I co z tego, że dobrze, mocno brzmi, że melodie są ładne, że podniosła, patetyczna nieomal atmosfera akurat w przypadku TRIARII nie razi. Pisałem już kiedyś – jak się ludziom spodobało “Roses 4 Rome” nagrane z ORE, to nagrali płytę TriORE, z “Roses 4 Rome” do potęgi dwunastej. Podobnie jest z resztą materiałów TRIARII – to, co tworzone jest teraz to kalka pierwszych płyt, kserokopia. Wałkowanie wciąż i wciąż tych samych patentów. I nie ratuje tego nawet fakt, że dwa utwory nieco odbiegają od reszty – nieco transowy, z wybijającą się partią jakiegoś średniowiecznego fletu “Iron Fields” (choć ten instrument, o ile mnie pamięć nie myli, pojawił się już w podobnej formie na “Muse In Arms”), oraz zamykający “Exile” “Solemn Vigil”, tym razem nie prący triumfalnie do przodu, lecz bardzo żałobny, tragiczny nieomal w klimacie utwór. Moim zdaniem doskonały, ale nie zmienia to ogólnej, bardzo niskiej oceny płyty.
Muzyk powinien pamiętać, że nawet w przypadku najsmaczniejszego dania, może w pewnym momencie nastąpić przesyt, a wtedy sensacje żołądkowe gwarantowane. Ja czuję, że już mi coś burczy w środku. Całe szczęście, że to tylko EP-ka…
–
ENG: Strange, but that the only military bands I still quite regular listen to, or the ones I still willingly return to are the bands which names begin with the letter “T”. They are: Turbund Sturmwerk, Tribe Of Circle, Toroidh and TRIARII. However I have that unspoken impression that this already short list will soon shrink to hardly three positions, because more and more I become irritated by the path taken by the last one of them.
TRIARII invented their own way “how to make a music” and this wouldn’t be anything bad at all, if not the fact that they exploit and overuse this way of making music that it almost physically hurts. I know that many projects create their style which later becomes their trade mark, something, what you recognize immediately after you hear first sounds. But in most cases even conservative bands formed of blockheads, which do not let anything new and fresh to their music, still sometimes are able to take at least small step forward. TRIARII on the new mini CD “Exile” sounds identically as on previous CDs. Damn, if i would just start to listen to this CD without any knowledge that they release something new, I would think that I’m listening to “Muse In Arms” again. It’s not that only the sound is the same, the whole tracks, compositions, even the lyrics are the same- it all differs in some tiny details! Again this : “I am this, I am that, I am wet” thing… Stagnation and torpor… these two words are not able to describe even a half of the picture. And even the fact that it still sounds powerful, that melodies are nice and that this kind of bombastic atmosphere always fits TRIARII very well doesn’t help. I wrote once already that when once people liked “Roses 4 Rome” recorded with Tomas from ORE, they recorded later TriORE CD with 12 variations on “Roses 4 Rome”, on and on to the boredom. This same situation with the rest of TRIARII stuff – what is created now is just a reproduction of first records, a copy. Working on the same patents over and over again.
Two compositions are trying to save this album but they failed. They are somehow different than the rest – “Iron Fields”, a bit trance, with strong part of some medieval flute (although this instrument, as far as I remember appeared already in the similar form on “Muse In Arms”), and closing track, “Solemn Vigil”, this time not that triumphant, marching forward, but rather mournful, with almost tragic atmosphere. This track is perfect in my opinion, but it doesn’t change my general rating which is very low.
Every musician have to remember that even the most tasty dish, can cause overeating, and then stomach problems are guaranteed. I already hear some sounds down there in my bowels. Luckily it is only EP..
autor: stark
tłumaczenie: Sylwia Partyka
Zapraszamy do lektury wywiadu z Davide Borghim, liderem włoskiego Albireon. Rozmawiamy między innymi o baśniach, wspomnieniach, winie i piłce nożnej. Miłej lektury!
author: stark
translated by: Sylwia Partyka
We invite you to read the interview with Davide Borghi, the leader of Italian pop/neofolk band, Albireon. We were talking among others about fairies, memories, wine and football. Enjoy!
LAND – Praha – Wien – Budapest [PL/ENG]
LAND – Praha, 10″ EP, 2003, Divine Comedy [DC 025]
LAND – Wien, 10″ EP, 2005, Divine Comedy [DC 038]
LAND – Budapest, 10″ EP, 2007, Divine Comedy [DC 044]
autor recenzji / reviewed by: Hristo Gospodinov / SHRINE
PL: Ludzie siedzący w oldschoolowym dark ambiencie (tzn. przed erą komputerów), na pewno znają ten projekt. Muzyka jest znana, ale już informacje o samym twórcy niekoniecznie. Niewiele w internecie szczegółowych informacji na jego temat – to w rzeczy samej tajemniczy projekt.
Za LAND stoi Marc Piskic, artysta chorwackiego pochodzenia, mieszkający na stałe we Francji. Gdybym miał opisać jego muzykę jednym słowem, było by to “noir”. Cały koncept, poruszane tematy, oprawa graficzna poszczególnych wydawnictw i ogólna atmosfera wydają się jakby wyjęte żywcem z 1905 roku, jak stara, zniszczona, czarno-biała fotografia… I to mocne brzmienie, zwłaszcza instrumentów perkusyjnych…
Jakiś czas temu wysłałem mu maila z zapytaniem jakiego sprzętu używa aby osiągnąć takie brzmienie. Odpowiedział w sposób taki, jaki się mogłem spodziewać – używa starych samplerów, a oprócz etapu masteringu nie korzysta z żadnych komputerów ani programów. Stwierdził również, że to właśnie brzmienia perkusyjne są dla niego najistotniejszą kwestią podczas komponowania materiału. Wygląda na to, że to rytm jest bazą dla każdej kompozycji, a nie odwrotnie.
Nie wiem skąd wzięła się ta jego fascynacja początkiem XX wieku i stolicami państw Centralnej Europy (trylogia “Praha” – “Wien” – “Budapest” wydana na winylach w odpowiednio 2003/2005/2007), ale wydaje mi się ona bardzo interesująca. Chciałbym dowiedzieć się o niej czegoś więcej… Niestety większość jego płyt została wydana na winylu. Ja wiem, że dla kolekcjonerów winyli to wspaniała sprawa, ale myślę, że dzisiaj wiele osób nie posiada nawet gramofonu, żeby słuchać na nim muzyki. Dlatego liczę, że któregoś dnia doczekam się wydania wspomnianej wyżej trylogii na płycie CD. Byłoby wspaniale (Marc, proszę, przeczytaj to i spraw aby moje marzenia stały się rzeczywistością:D).
Inną ciekawą kwestią związaną z LAND jest fakt, że Marc Piskic zawodowo zajmuje się rysowaniem komiksów. Osobą, która podzieliła się ze mną tą informacją jest Nicolas z Asmorod, więc to jemu należą się za to podziękowania. Nie mogę w tej chwili znaleźć linków do jego prac, które Nicolas mi wtedy podał, ale znalazłem inny. Nieźle się komponuje z muzyką LAND, nieprawdaż?
Według samego artysty, w 2012 powinniśmy spodziewać się kolejnej płyty LAND. Trzymamy kciuki, a o tej pory słuchamy starych tracków kolejne kilkaset razy. Co najmniej.
Posłuchajcie “A Nagy Banat Kintornasa” ze świetnym podkładem wizualnym.
ENG: People who are into old school dark ambient (and I mean the “pre-computer” one) know about this one. Land’s music is known, but the project itself is not. There is a total lack of detailed information about it on the internet, it’s an obscure project indeed.
LAND is the music project of Marc Piskic, an artist of Croatian origin based in France. If I need to describe his music by only one word, this is definitely going to be “NOIR”. The whole concept, the themes, the cover artworks, the overall mood is like something coming straight from year 1905, like an old worn b/w photo… And a sound so heavy, especially the percussions…
A time ago I sent him a message willing to know what kind of gear he uses to create such a heavy sound and just as I thought, he said he uses old hardware samplers and no computers/software at all except for the mastering stage. He also said that the percussions are his main concern when he is making music. It seems the whole compositions there are based on the rhythm and not the opposite.
I don’t know what is this obsession of him about the early 20th century and the Central-European capitol cities of that time (The audio trilogy “Praha”-”Wien”-”Budapest” released on vinyl in 2003/2005/2007) but I’m finding it really interesting. I’d wish I knew more about that… Unfortunately most of his releases are pressed on vinyl. I know this is a good thing for all vinyl lovers, but I think at this point most people don’t even have a turn-table to listen to music on vinyls. I really hope one day to see the trilogy I mentioned above released together on a single compact disc, it will be really awesome (Marc, please read this and make the wishes come true:D).
The other very interesting thing about Land and Marc Piskic is that he is actually a professional comics painter. The first who reached this info (and shared with me) was actually Nicolas of Asmorod, so if you know him go and thank him about that. I can’t find the links to the comics he gave me back then, but I found some others. Take a look, isn’t this perfectly fitting with Land’s music? I think it is…
As for the music, according to the artist himself in 2012 we have to expect a new Land release. Until then (fingers crossed!) we are going to listen to the old tracks few hundred more times. At least.
Listen to “A Nagy Banat Kintornasa” track above with a great video background.
HYBRYDS – Soundtrack For The Antwerp Zoo Aquarium
CD 2011
Zoharum Records [ZOHAR 022]
To nie jest świeży materiał HYBRYDS. Muzyka ta liczy już sobie prawie dwadzieścia lat, a skomponowana została na sto pięćdziesiątą rocznicę urodzin ZOO w Antwerpii. Choć część utworów pojawiła się jeszcze wcześniej, na splicie z Vidna Obmana z 1993 roku. Tak czy owak, zakładam, że dzisiaj płyty te trudno dostać, więc dobrze się stało, że rodzima Zoharum zdecydowała się na ich wznowienie.
Muzycznie nie znajdujemy tu żadnych niespodzianek. To miała być muzyka tła, dźwiękowe dopełnienie konkretnej “instalacji”, w tym przypadku akwarium w antwerpskim ZOO. I jako takie oczywiście sprawdza się bardzo dobrze, nie jest zbyt nachalna, ale i trudno o niej mówić jako o zupełnie nie pozwalającym dostrzec swojej obecności wypełniaczem tła. Ogólnie nie mam problemu z wyobrażeniem sobie tej muzyki w odniesieniu do celu, jakiemu była ona przeznaczona. Z drugiej jednakowoż strony skłamałbym twierdząc, że “Soundtrack…” w oderwaniu od wspomnianego celu potrafi skupić sto procent mojej uwagi przez cały czas jego trwania. Jednak poziom monotonii i swego rodzaju statyczności muzyki jest wysoki nawet jak na ambient. HYBRYDS przez ponad siedemdziesiąt minut emituje niespecjalnie zróżnicowane, choć dość niepokojące drony oraz okazjonalne dźwięki innych instrumentów będące tłem do nawołujących się wzajemnie w morskiej toni waleni, delfinów i wielorybów. Brzmi to oczywiście przestrzennie i głęboko, tutaj nawet nie ma się o co sprzeczać. Ale jeżeli miałbym słuchać “Soundtrack…” i koncentrować się wyłącznie na tym, to.. nie, nie potrafiłbym. To wysokiej jakości dźwiękowa tapeta, ale nic ponadto.
Jednak w kontekście przeznaczenia tej muzyki, ciężko traktować to jako niedoskonałość albumu HYBRYDS. Tyle, że podejmując decyzje o zakupie należy o tym bezwzględnie pamiętać. Jeżeli potrzebujecie ścieżki dźwiękowej do lektury np. “Moby Dicka”, ale nie chcecie jednocześnie aby muzyka Was szczególnie rozpraszała, ten album wydaje się do tego idealny. Ach, jeszcze jedno – w przedostatnim “Wailing For The Whales” pojawia się saksofon i jak dla mnie jest to najciekawszy fragment płyty.
VOIDWORK – Basement
VOIDWORK – Basement
CD 2011
Rage In Eden [RAGE 80]
autor recenzji: stark
Kiedy słuchałem tej płyty po raz pierwszy, przy otwierających ją dźwiękach bijących dzwonów moja podświadomość absurdalnie oczekiwała wejścia riffów w rodzaju tych z “Hells Bells” AC/DC. Bez sensu, wiem – to otwarcie najbardziej klasyczne z możliwych, zwłaszcza w przypadku takiej właśnie muzyki jaką para się VOIDWORK, czyli czegoś na przecięciu neoklasyki, dark wave i dark ambientu.
“Basement” jest muzyczną ilustracją post-lovecraftowskiego horroru – stara posiadłość, plugawe tajemnice z przeszłości, takie tam… Na stronie wydawcy można poczytać sobie więcej. Ja generalnie lubię te klimaty, dlatego z miłą chęcią rzuciłbym sobie okiem na opowiadanie, na podstawie którego powstała płyta (czy odwrotnie?), o ile jest gdzieś dostępne… Dość o tym, dźwięki są wszak najważniejsze. Jeśli mam być szczery, nie rzuciły mnie one na kolana. Największą zaletą “Basement” wydaje mi się raczej umiejętne przenikanie się wątków ambientowych i wave’owych, co powoduje, że trudno tu mówić o chaosie czy stylistycznym bałaganie. Zespół nieźle sobie radzi zarówno nurzając się w bucząco – szumiącej otchłani, jak i tonując ciemne atmosfery lirycznymi melodiami quasiklasycznymi. Tyle, że to dla mnie za mało, ale to nawet nie wynika z jakichś moich wygórowanych oczekiwań, bo nie spodziewałem się po prawdzie cudów – po prostu płyta poza rzetelnym podejściem do tematu nie oferuje niczego więcej. Eksploatuje dawno już odkryte obszary w sposób technicznie poprawny, ale mało – jeśli nie w ogóle – wyrafinowany. Ja wiem, że o oryginalność w tych gatunkach jest wyjątkowo ciężko, sam już nawet tego w muzyce nie szukam, ale niektórzy, bardziej sprytni koledzy po fachu jakoś potrafią z odgrzewanych składników sporządzić zupełnie smaczne danie.
VOIDWORK to rzemieślnicy, żadni z nich artyści. Pewnie, że można posłuchać – boleć nie boli, a kilka niezłych fragmentów spokojnie się tu znajdzie. Ale kiedy tak piszę tę recenzję, wzrok co i rusz ucieka mi w lewo, gdzie na biurku obok klawiatury leży sterta wydawnictw, m.in. ostatnie, dwupłytowe Herbst 9, ostatnie Apoptose, ostatnie New Risen Throne czy S.E.T.I. I ja, zamiast skupiać się na VOIDWORK już się zastanawiam, która płyta wyląduje w odtwarzaczu jako następna. To chyba o “Basement” mówi wszystko.
Opowiadanie #2
Dziś znowu coś innego – drugie opowiadanie, które kleciłem sobie w przerwach między klepaniem recek. Zapraszam do lektury.
Gdy tylko zaświeciła się lampka rezerwy, zdecydowałem, że zatrzymam się na pierwszej po drodze stacji benzynowej. Nie znałem tej okolicy, nie chciałem ryzykować, że stanę w szczerym polu i odmrożę sobie dupę. Wiosna oczywiście była w pełni, ale tutaj – zwłaszcza nocami – chłód potrafił od czasu do czasu ugryźć i podszczypać tu i ówdzie. Będzie już godzina kiedy minąłem poprzednią stację, siłą rzeczy zatem coś gdzieś lada chwila powinno się pojawić po jednej lub po drugiej stronie drogi. Taką przynajmniej miałem nadzieję. Na chwile obecną nic jednak nie mogłem dostrzec, pustynia po lewej ręce, pustynia po prawej i prosta jak w pysk strzelił droga zwężająca się i znajdująca swój koniec na linii horyzontu. Sporadycznie zza punktu łączącego drogę i niebo wyłaniał się mikroskopijny ciemny punkt, który z czasem przybierał kształt metalowego potwora o osiemnastu kołach. Miłe urozmaicenie, o ile nie zawróci i nie zacznie mnie prześladować jak w “Pojedynku Na Szosie”. Z reguły jednak przestrzeń przede mną jest nieruchoma, jakbym podążał na czołówkę z fototapetą. Na domiar złego padł mi odtwarzacz CD, nie pozostaje mi nic innego, tylko wspomnienia.
SIEBEN – No Less Than All
SIEBEN – No Less Than All
CD 2012
Redroom [REDROOM 008]
autorka recenzji: Madame Industriale
Nigdy nie należałam do grona entuzjastów twórczości Matta Howdena. Owszem, jest kilka utworów tego pana, które darzę sympatią, czy to wydanych pod własnym nazwiskiem, czy pod aliasem Sieben, lecz sub specie aeternitatis nie żywię szczególnego zamiłowania do jego artystycznego dorobku. Sytuacji nie ratuje fakt, iż rzeczony muzyk przez wielu uważany jest za wirtuoza mojego ukochanego instrumentu. Phi! Paganiniemu nie dorasta do pięt.
Dość już pastwienia się nad skądinąd sympatycznym grajkiem z ojczyzny Ryszarda Lwie Serce. Ad rem! Na najnowsze wydawnictwo brytyjskiego skrzypka składa się dwanaście utworów, z których tylko “Transmission” nie jest kawałkiem jego autorstwa. Zgadnijcie: kto ma doń największe prawa? Niestety, muzyczna maniera cechująca kolejne albumy Sieben nie znikła, przez co w trakcie słuchania usta niejednokrotnie układają się w długie pojedyncze ziewnięcia. Wydaje się, iż sam zainteresowany ma tego pełną świadomość, dlatego też całość ograniczył do 47 minut muzyki. Zgoda, tyle jestem w stanie wytrzymać, lecz nie rokuje to powrotu do “No Less Than All” w bliżej nieokreślonej przyszłości. Oczywiście zdarzają się mocniejsze akcenty, jak otwierający krążek “Music is Light”, fantastycznie zapętlone partie skrzypiec w “Shake the Tree”, czy niepokojąca atmosfera numeru “In a Train”. Szkoda że są to jedynie potrząśnięcia mną zasypiającą ze słuchawkami na uszach. A może właśnie temu ma służyć rzemiosło Howdena?
Otrzyjcie łzy, bowiem miłośnikom takiego grania najnowsza płyta byłego członka Sol Invictus powinna przypaść do gustu. Jest tu wszystko, co bez trudu dałoby się odnaleźć na poprzednich wydawnictwach i właśnie na tym polega mój problem z recenzowanym albumem. Spodziewałam się choćby nieśmiałej ewolucji, czegokolwiek, co popchnęłoby tę muzykę do przodu, lecz srodze się zawiodłam. Pozostają jedynie koncerty, na których Matt zawsze daje z siebie wszystko i przynajmniej za to należy mu się szacunek.










