Antonymes – There Can Be No True Beauty Without Decay [English/Polish]

antonymes

[Reviewed by / autor recenzji: stark]

ENG: There is no beauty without decay, as Ian M. Hazeldine suggests in the album’s title. Honestly speaking, I really can’t find much decay on Antonymes’ third release, contrary to the beauty.

Ian has released two previous albums on Cathedral Transmissions and Hidden Shoal Recordings respectively. “There Can Be No True Beauty Without Decay” is out thanks to Hibernate Recordings, a well-known and respected label among ambient fans. The music contained in this CD was actually composed in 2009 and saw the light of day via Cathedral Transmissions, but in 2013 the artist decided to refresh the compositions, record them once again, more or less rearranged. The track titles have also been changed, not to mention that Ian gave the opportunity to several of his musician friends (such as Christoph Berg, Ian Hawgood, Jason Corder and Wil Bolton among others) to make a creative contribution to his pieces. The result is a silver disc with fourteen compositions divided into four parts. Actually there are only seven track titles, but each of them is repeated twice, with the subtitle [I] or [II], not necessarily in that order.

Man, this is quite complicated for my binary mind. After thoroughly investigating all these organizational matters I was expecting that the music would also force me to an intellectual effort and pose some problems in its description. Fortunately Hazeldine’s ambient enters the body lightly and pleasantly, a fact by no means equal to a statement that the music is trivial. Ian is one of those artists who assume that there’s power in simplicity and that emotions built in such a way are always the most honest and direct. The wall between composer and listener is very thin, so that the sounds themselves interact with the mind and body, eventually merging with them completely.

Hazeldine places the emphasis on delicate ambient textures, adorning them with the sounds of the violin and piano. The live instrument parts aren’t particularly complicated; Ian uses them to create the mood, often savouring their sound, stretching it, using the reverb effect. Beauty is definitely the dominant factor, if we wish to refer to the disc’s title. Occasionally things are slightly contaminated by sounds like the crackling of old vinyl records and such. Basically the album lacks of darker shades, it’s performed mostly on a melancholic and dreamy ground. Of course, the listener will encounter a few darker moments during this journey (like “Forever Without Hope [II]”), but most of the time it captivates with nostalgia – if “There Can Be No True Beauty Without Decay” was a movie, its main character would have probably been a man on his deathbed reminiscent of his first love, the greatest and most passionate.

I’m looking at those grey – and actually quite pretty – landscapes in the booklet, I’ve been listening to “Antonymes” for I don’t remember how long, I feel like smoking and suddenly this reflection comes, that the best moments of my life are already behind me. Even though I’m only in my mid-thirties. I could say that this album causes an impulse to evoke a midlife crisis, but all in all it’s too good an album to make a jokes about. If you’re looking for a moment of calmness in the middle of the day, I strongly suggest it.

PL: Nie istnieje piękno bez rozkładu, sugeruje w tytule płyty Ian M. Hazeldine. Rozkładu na trzeciej płycie projektu Antonymes szczerze mówiąc nie dostrzegam szczególnie wiele, w przeciwieństwie do tego tytułowego piękna, którego trochę odnaleźć tu można.

Dwa poprzednie materiały Ian wydał kolejno w Cathedral Transmissions i Hidden Shoal Recordings. “There Can Be No True Beauty Without Decay” ukazało się w znanej i szanowanej wśród miłośników ambientu Hibernate Recordings. Muzyka na to wydawnictwo powstała już w 2009 roku i światło dzienne ujrzała właśnie nakładem Cathedral Transmissions, ale w 2013 artysta zdecydował się odświeżyć te utwory, nagrać po raz wtóry, przearanżować nieco, zmieniając tytuły i pozwalając przy okazji wnieść swój twórczy udział kilku zaprzyjaźnionym ambientowcom takim jak miedzy innymi Christoph Berg, Ian Hawgood, Jason Corder czy Wil Bolton. W efekcie otrzymujemy na srebrnym krążku czternaście kompozycji podzielonych na cztery części. Wspomnieć jeszcze należy, że samych tytułów utworów jest siedem, tyle że każdy z nich powtarza się dwa razy, z podtytułem [I] lub [II], niekoniecznie w tej kolejności.

Uf, trochę to skomplikowane jak na mój zerojedynkowy umysł. Po zgłębieniu wszystkich tych organizacyjno – porządkowych zagwozdek spodziewałem się, że i muzyka zmusi mnie do sporego wysiłku intelektualnego i nastręczy problemów w jej opisaniu. Na szczęście ambient Hazeldine’a wchodzi w organizm lekko i przyjemnie, co bynajmniej nie jest tożsame ze stwierdzeniem, że muzyka to banalna. Ian należy do tej grupy artystów, którzy wychodzą z założenia, iż w prostocie tkwi siła, a emocje budowane w taki sposób okazują się najbardziej szczere i bezpośrednie, ściana dzieląca kompozytora i słuchacza jest najcieńsza, co przekłada się na to, że dźwięki same w sobie na umysł i ciało oddziałują najmocniej.

Hazledine stawia na delikatne ambientowe tekstury ozdabiając je dźwiękami skrzypiec oraz fortepianu. Partie żywych instrumentów nie są szczególnie skomplikowane, Ian wykorzystuje je do kreowania nastroju, nierzadko delektując się ich brzmieniem, rozciągając, wykorzystując efekt pogłosu. Piękno zdecydowanie jest czynnikiem dominującym, jeśli mielibyśmy się odnosić do tytułu płyty. Sporadycznie zdarzają się lekko zanieczyszczone brzmienia jak choćby trzeszczenie starej płyty winylowej, ale brak tu w zasadzie ciemniejszych odcieni, całość rozgrywa się na mocno melancholijnej i sennej płaszczyźnie. Kilka odrobinę mroczniejszych momentów słuchacz oczywiście wyłapie (“Forever Without Hope [II]”), płyta jednak urzeka nostalgią – gdyby “There Can Be No True Beauty Without Decay” była filmem, jej bohaterem byłby zapewne leciwy mężczyzna na łożu śmierci wspominający swoją pierwszą, największą i najbardziej namiętną miłość.

Oglądam sobie te szarobure, bardzo ładne skądinąd, krajobrazy w booklecie, słucham któryś już raz płyty Antonymes i jakoś tak nachodzi mnie ochota na papierosa oraz refleksja, że najlepsze momenty życia mam już za sobą, mimo, że nawet do czterdziestki jeszcze mi nieco brakuje. Mógłbym zażartować, że ten album jest jakby impulsem do eskalacji kryzysu wieku średniego, ale w sumie to zbyt fajna płyta, żeby tak sobie z niej dworować. Jeśli szukacie chwili wyciszenia w środku dnia, sugeruję tę pozycję.

AntonymesThere Can Be No True Beauty Without Decay
hibernate, HB50
CD/Digital 2013

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s