Mathias Grassow – Tamanoshima [English/Polish]

tamanoshima

[Reviewed by / autor recenzji: stark]

ENG: The warm colors of the setting sun reflecting off the sea surface. This is the welcoming of another album being the result of the continued collaboration between German artist Mathias Grassow and Swedish label gterma. The colors recall the feeling of the wonderful “Dämmerung”. The music itself – not necessarily.

It is quite different than usual, but of course, within the borders of his microrealm, that is how the German’s works are. After all, there’s no way that I wouldn’t guess this is Grassow. I don’t know what “Tamanoshima” means. “Shima” is “island”, “shi” means “city”. Actually there’s a city called Tamano in Japan, but it’s on Honshu. I don’t suppose that Mathias in any way alludes to it, because when you listen to the album, the room is filled with the atmosphere of places that man rarely favors with his presence. And if he does, he’s but a microscopic point thrown somewhere in a powerful, extensive space. The walls disappear, you can only see the sea and sky, the horizon line separating one blue canvas from another.

As is usually the case in this particular Swedish-German cooperation, the disc is filled to the brim with music. Four compositions, the first one is just two and a half minutes long. The last one, “Eternal Drift” is indeed “eternal”: drifting for fifty-one minutes. The previous three segments are merely an introduction to the grand finale. They surprised me a bit. Excluding the archives from “Uttarakuru’, the previous Grassow albums issued by gterma were characterized by a rich, dense and mostly organic sound. Again and again I go back to “Dämmerung”, “Bloodmoon”, “Sonnenwende” or “Wisdom Of Fate”, continuously impressed by their suggestive power, all the time discovering new layers, neatly filling blind spots in the compositional structure.

But this time, approximately the first half hour of “Tamanoshima” is synth minimalism. Monotonous or trance-like, depending on mood. The German musician has already tried such an approach in the past. Which approach within the confines of ambient music hasn’t he tried, I wonder… Yet Johan Rehn was always selecting different sounds from Grassow’s vast archives. Interestingly, the music on “Tamanoshima” is new, composed in 2013. These are not archival documents that have survived three changes of computer and two removals. To my knowledge Grassow hasn’t taken this path in quite a while. I’d even dare say that the first part of “Tamanoshima” recalls His Divine Grace’s “Die Schlangenkönigin”; certainly a beautiful piece of music, but by no means proving any particular virtuosity in the use of synthesizers and other electronic devices.

We still have “Eternal Drift”, an album within an album so to speak. At the same time the most pleasant part of “Tamanoshima”, consisting of the sound of sea waves in the background, delicate drones and pulses and a moody, rather sad keyboard melody looped over the greater part of the composition. A very nice and subtle, hypnotic but also emotionally marked piece.

However, “Tamanoshima” as a whole didn’t convince me one hundred percent. Technically it’s obviously a product of the highest quality, but I prefer Mathias Grassow in his less minimal, more organic installments. I don’t think I’ll be coming back to this one as often as to those mentioned above. Well, perhaps sometimes to the last track, as it’s sometimes so good to drift unconsciously on the water…

PL: Ciepłymi barwami zachodzącego słońca odbijającego się od tafli morza wita słuchacza kolejna płyta będąca efektem nieustającej współpracy Niemca Mathiasa Grassowa oraz szwedzkiej oficyny gterma. Barwy przywodzące nieco na myśl wspaniały “Dämmerung”. Muzyka – zgoła odmienna.

Zgoła odmienna oczywiście w ramach tego mikrokrólestwa, którym jest twórczość Niemca. Mimo wszystko nie sposób się nie domyślić, że to Grassow. Nie wiem, co oznacza słowo “Tamanoshima”. “Shima” to wyspa, “shi” to miasto. Jest faktycznie w Japonii miasto Tamano, tyle że na Honsiu. I nie sądzę, żeby Mathias na tym krążku w jakikolwiek sposób do niego nawiązywał, ponieważ podczas słuchania tegoż, pomieszczenie wypełnia się atmosferą miejsc, które człowiek rzadko zaszczyca swą obecnością. A jeśli już, to stanowi mikroskopijny punkt rzucony gdzieś w potężną, rozległą przestrzeń. Ściany pokoju znikają, widać tylko morze, niebo i przecinającą je linię horyzontu.

Jak to w przypadku szwedzko-niemieckiej współpracy bywa, płyta wypełniona jest muzyką po brzegi. Cztery utwory: pierwszy trwa raptem dwie i pół minuty. Ostatni, “Eternal Drift” jest faktycznie “eternal”. Dryfuje minut pięćdziesiąt jeden. Poprzednie trzy segmenty stanowią do niego li tylko wprowadzenie. I one jednocześnie odrobinę mnie mimo wszystko zaskoczyły. Wyłączywszy archiwalne materiały z “Uttarakuru”, poprzednie płyty Grassowa wydane w gterma charakteryzowały się bogatym, gęstym i przede wszystkim organicznym brzmieniem. Wciąż wracam do “Dämmerung”, “Bloodmoon”, “Sonnenwende” czy “Wisdom Of Fate”. I wciąż zachwyca mnie ich siła i sugestywność, wciąż odkrywam kolejne muzyczne warstwy zgrabnie wypełniające ślepe punkty struktury kompozycji.

Tymczasem pierwsze, w przybliżeniu, pół godziny “Tamanoshimy” to syntezatorowy minimalizm. Monotonny lub transowy, w zależności od nastroju. Nie jest oczywiście tak, że niemiecki muzyk już nie próbował takich rozwiązań w przeszłości. Zresztą czego on w obrębie ambientu nie próbował… Ale Johan Rehn z przepastnych niewykorzystanych zbiorów Niemca z reguły wybierał przecież raczej inne brzmienia. Ciekawe, że muzyka na “Tamanoshima” jest nowa, skomponowana w 2013 roku. To nie są żadne archiwalia, które przetrwały trzy zmiany komputera i dwie przeprowadzki. O ile się orientuję Grassow dawno już nie podchodził do ambientowej materii w taki sposób. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że pierwsza część “Tamanoshima” przypomina His Divine Grace z “Die Schlangenkonigin”, płyty pięknej, ale bynajmniej nie świadczącej o jakiejś szczególnej wirtuozerii w obsłudze syntezatorów i elektronicznych urządzeń do tworzenia muzyki.

Mamy jeszcze “Eternal Drift”, o którym można powiedzieć, że stanowi płytę w płycie. Jednocześnie to najprzyjemniejsza część “Tamanoshimy”, składająca się z szumu morskich fal w tle, delikatnych dronów i pulsacji oraz nastrojowej, dość smutnej klawiszowej melodii zapętlonej na przestrzeni większej części kompozycji. Bardzo ładna i subtelna, całkiem hipnotyczna a jednocześnie nacechowana emocjonalnie rzecz.

Całościowo jednak “Tamanoshima” nie do końca mnie przekonuje. Realizacyjnie to oczywiście produkt najwyższej jakości, ale wolę jednak Mathiasa Grassowa w tej mniej minimalistycznej, bardziej organicznej odsłonie. Chyba nie będę do tej płyty aż tak często wracać jak do tych wymienionych wyżej. No, może czasem do tego wiecznego dryfowania, czasem fajnie pounosić się tak bezwiednie na wodzie…

Mathias GrassowTamanoshima
gterma, gterma034
CD 2013

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s