In Meditarivm – Drift In Sodom [English/Polish]

inmeditarivm2

[Reviewed by / autor recenzji: stark]

ENG: Olegh Kolyada is an old post-industrial fox capable to create both dark and nostalgic ambient music, as well as noisier forms of electronic music. As he’s a full-fledged professional, it’s obvious that this Ukrainian never goes below a certain level of decency. Like in the case of the first In Meditarivm album “The Great Limbo” released by Wrotycz Records. I’d lie by saying that I’m an avowed fan of that release, I have my objections, but overall it was quite a solid production. Olegh Kolyada decided to show the world this second In Meditarivm proposition through his own label, Old Captain.

This particular project probably unveils the darkest face of the Ukrainian musician who refers to the golden years of Cold Meat Industry through his dark ambient works. Seven tracks, thirty-five minutes of music. Not much, but it’s a formula I prefer in comparison to “The Great Limbo” that was divided in eighteen segments, the length of most of which fluctuated around two, three minutes. Such duration of a track in my opinion doesn’t allow the musician to, metaphorically speaking, spread their wings within one track, but in the long run on the whole album as well.

On “Drift In Sodom” there are less compositions, but at least they are longer. Even the very first one demonstrates that in such structures Olegh feels like a fish in water. “Solitaria” (as well as the last track, “Silentia”) was previously published on the vinyl EP “Mare Internum” released by Drone Records. So it’s not at all surprising that “Solitaria” slowly winds round the listener with dense drones of quite tarry consistency. Although the prevailing atmosphere isn’t uniquely diabolical, Olegh found here a place for a certain understatement. In the sound itself I notice some connotations with Amon from Italy. While “Calvarium” is a different story; darkness and pain burst out of this composition, almost physically affecting the listener. The low-tuned sound textures and subtle choral parts are painting an image of Calvary drenched in the rain ‎– there’s horror, but also a certain amount of solemn, almost religious atmosphere.

A landscape after battle, a vast plain, covered by thousands of dead bodies almost to the horizon line. Ravens pecking at the still warm corpses; this is “White Are The Bones Of Men”, one of the strongest pieces on the album. Though I’m not sure if it isn’t “Sound Of Mountain” that hits me the most, where Olegh has resigned from the musical horror for the sake of a mystical mystery, difficult to put into words to be honest. The choir part is the foundation of the track, just as in a short piece called “Sandstorm”. This title isn’t fully adequate to describe what is pouring out of the speakers. Unless you imagine a big, empty cathedral in the middle of a storm-stricken desert.

The longer we walk on Sodom, the less fear we feel. The listener gets used to the corruption surrounding him from all sides, meditation replaces terror. From “Calvarium” onwards every composition seems to bring a bit more light than the previous one: “Black Ziggurat” refers to the most melancholic compositions of Raison d’être. But the grand finale, “Silentia”, reminds us that we should be careful all the time, because at any moment a spectral being can absorb us in its inner void. Less than forty minutes have passed, I begin to drift in music. “Drift In Sodom” ends.

And it’s basically the only serious flaw of the album. It’s nice that the songs are longer and more complex than those of “The Great Limbo”, but a shame that Olegh didn’t decide to add two or three more compositions, so that this whole vision of Sodom bathed in ashen mist would have become even more suggestive. Maybe next time. Industrial forms on “Drift In Sodom” are basically absent, it’s definitely a dark ambient album with a strong religious element. For fans of Raison d’être it’s a perfect proposition, although there is no denying that the sound structuring derives from Olegh’s flagship project, First Human Ferro. This musician has developed his own style, which is very important. And if he’s about to continue giving vent to his creativity in such a way as on “Drift In Sodom”, I don’t mind at all.

PL: Olegh Kolyada to stary postindustrialny wyga potrafiący się odnaleźć zarówno mrocznym lub nostalgicznym ambiencie, jak i w formach bardziej hałaśliwych. A że profesjonalista to pełną gębą, to zejścia poniżej pewien określony poziom przyzwoitości obawiać się w przypadku Ukraińca nie należy. Tak było z pierwszą płytą In Meditarivm, wydaną dla Wrotycz “The Great Limbo” – skłamałbym mówiąc, że jestem jakimś jej zdeklarowanym fanem, miałem do niej swoje zastrzeżenia, ale w ogólnym rozrachunku mieliśmy do czynienia z dość solidną produkcją. Drugie wydawnictwo In Meditarivm Olegh Kolyada zdecydował pokazać światu poprzez swoją własną oficynę, Old Captain.

Ten konkretny projekt ukazuje najmroczniejsze chyba oblicze Ukraińca nawiązującego swoim zindustrializowanym dark ambientem do czasów świetności Cold Meat Industry. Siedem utworów, trzydzieści pięć minut muzyki. Trochę mało, ale taka formuła podoba mi się bardziej niż ta z “The Great Limbo” podzielonego na aż osiemnaście segmentów, długość większości z nich oscylowała jednak wokół dwóch, góra trzech minut, a taki czas trwania moim zdaniem nie pozwala na rozwinięcie skrzydeł muzykowi w tym przypadku w obrębie jednego tracku, ale na dłuższą metę także i całości.

Na “Drift In Sodom” kompozycji jest mniej, ale przynajmniej są one dłuższe. Już pierwsza udowadnia, że w takich strukturach Olegh czuje się jak ryba w wodzie. “Solitaria”, podobnie jak zamykająca wydawnictwo “Silentia” znalazły się wcześniej na winylowej EP-ce “Mare Internum” wydanej przez Drone Records. Nie dziwi zatem fakt, iż “Solitaria” to powoli oplatające słuchacza drony o gęstej i dość smolistej konsystencji. Aczkolwiek atmosfera tu panująca nie jest jednoznacznie diabelska, znalazło się tu miejsce dla swoistego niedopowiedzenia. W samym brzmieniu dostrzegam pewne konotacje z włoskim Amon. “Calvarium” to już inna bajka, ciemność i ból wyzierają z tej kompozycji, niemal fizycznie oddziałując na słuchacza. Nisko strojone tekstury dźwiękowe oraz subtelne partie chóralne malują obraz skąpanej w deszczu Kalwarii – jest groza, ale jest i pewna doza podniosłej, religijnej nieomal atmosfery.

Krajobraz po bitwie, rozległa równina, po horyzont zaściełana tysiącami martwych ciał. Kruki rozdziobujące ciepłe jeszcze zwłoki – to “White Are The Bones Of Men”, jeden z najmocniejszych fragmentów na płycie. Choć nie wiem, czy najbardziej nie trafił do mnie “Sound Of Mountain”, w którym Olegh zarzucił muzyczny horror na rzecz trudnej do ubrania w słowa mistycznej tajemnicy. Partia chóralna stanowi fundament tego tracku, podobnie jest w przypadku krótkiego “Sandstorm”, którego tytuł nie do końca jest adekwatny do tego, co wylewa się z głośników. Chyba, że wyobrazimy sobie wielką, pustą katedrę na środku ogarniętej burzą pustyni.

Im dłużej wędrujemy po Sodomie, tym strach mniejszy. Człowiek przyzwyczaja się do zepsucia otaczającego go z każdej strony, zaduma zastępuje strach, od “Calvarium” każdy kolejny utwór wydaje się “jaśniejszy” od poprzedniego: “Black Ziggurat” nawiązuje do tych najbardziej melancholijnych kompozycji Raison d’etre. Dopiero wielki finał, “Silentia” przypomina, że powinniśmy wciąż bacznie się rozglądać, bo w każdej chwili możemy zostać wchłonięci przez jakiś spektralny byt. Mija niecałe czterdzieści minut, dopiero zaczynam sie rozkręcać. “Drift In Sodom” się kończy.

I to w zasadzie jedyna poważniejsza wada płyty. Fajnie, że utwory są dłuższe i bardziej rozbudowane niż te z “The Great Limbo”, ale szkoda, że Olegh nie zdecydował się wrzucić na krążek jeszcze ze dwa albo trzy, tak aby ta cała wizja skąpanej w popielatej mgle Sodomy okazała się jeszcze bardziej sugestywna. Może następnym razem. Form industrialnych na “Drift In Sodom” niewiele, to rzecz zdecydowanie darkambientowa o mocno sakralnym posmaku. Dla miłośników wspomnianego Raison d’etre jak znalazł, choć nie da się ukryć, że przewijają się tu pewne brzmienia także rodem z macierzystego projektu Olegha, czyli First Human Ferro. Ma ten muzyk swój styl, to bardzo ważne. A jeżeli ma nadal dawać upust swej kreatywości w taki sposób jak na “Drift In Sodom”, ja nie mam nic przeciwko.

In Meditarivm Drift In Sodom
Old Captain, OCCD08
CD, Digital 2013

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s