Parhelion & Zac Keiller – Farthest North [English/Polish]

parhelion2

[Reviewed by / autor recenzji: stark]

ENG: I was waiting and waiting for this. Three long years. “Midnight Sun” was a revelation to me – seemingly nothing new in the genre, but this blending of “cyclical” darkness and icy, organic landscapes sounded so fantastic and fresh that it was enough for me to place “Midnight Sun” as one of the best albums I’ve heard in 2011 (its release took place in mid-December of 2010).

Meanwhile, after my first encounter with the new album I was disappointed. I began to wonder why there are no such bombs here as “Tunturia (Part II)” and “A Lament For Whales”. Is it possible that “Midnight Sun” was to be only a single excess? Then the time came for a second listen, then the third and so on… until I eventually came to the conclusion that this is a good album. Though I have my objections.

All tracks on “Farthest North” have one thing in common: this blood-curdling , overwhelming frost. “Sunless Sea” , the first piece of the album is filled with dense, organic drones, indistinct murmurs, elements raging somewhere in the distance, a dark and quite disturbing atmosphere. While the title itself, “Perfect Desolation ” perfectly describes what spills out of the speakers along with the icy cascade during the second track. Certainly an image of a lone traveler wading forward through the snow during a torrential arctic blizzard is no stranger to you. All dogs have died, the man himself is on the verge of death from exhaustion, icicles hanging from his beard… And suddenly a very bright, flickering glow appears somewhere on the black horizon. Is it deliverance, or the proverbial white light towards which we should supposedly strive when the soul slowly leaves our body? Excellent track.

I have the impression that “Smokey God” is the darkest Parhelion composition to date. Ihor had managed before to create some disturbing atmospheres here and there, but in this track along with its low, dense drones comes across a real horror. And suddenly a 180 degree turn. “Abode The Light” is like a sunbeam piercing through a thick layer of black clouds. Melancholic synth arpeggios make it still cold as hell but at the same time almost divinely beautiful. Blue sky and blinding white snow. This short, two-minute piece, like an interlude between the first and second segment of the album.

The beginning of “Opal Sky” can be somewhat misleading, since the layers of organic drones are quickly penetrated by atmospheric guitar parts with a bit of post-rock flavor. Several moods intertwine in “In The Midst Of Eternal Ice”, a bit of darkness, a bit of meditation – the same applies in the ten-minute long finale, the title track. Some guitar dirt sneaks here and – for the first time on this album and perhaps in Parhelion’s overall body of work – a human voice trying to break through the heavy riffs and natural drones. These whispers, accompanied by a simple but engaging melody crown the album in an effective way.

“Farthest North” is a decent release. However in my opinion it doesn’t stand in comparison with the project’s debut. It is not even because of the lack of such powerful pieces, as those mentioned above. There’s just nothing really new or fresh here. Of course, in ambient music it’s difficult to consider this as a disadvantage, but I have a feeling that some parts I’ve already heard on “Midnight Sun” in a very similar form. As if under the context of the previous album the new one lacks a bit of identity. I guess if “Midnight Sun” was never created, my reception of “Farthest North” would be much more enthusiastic. But now yes, I appreciate, I will be listening to it quite often I suppose, but I wouldn’t rave about it. Maybe next time.

The album comes with additional DVD with visualizations by Zac Keiller.

PL: Ależ się naczekałem na tę płytę. Trzy długie lata. “Midnight Sun” był dla mnie objawieniem – niby nic nowego w gatunek album ów nie wnosił, ale w tym miksowaniu “cyklicznych” mroków i lodowych, organicznych krajobrazów brzmiał tak fantastycznie świeżo, że to wystarczyło abym w swoim prywatnym rankingu uznał “Midnight Sun” za jedną z najlepszych płyt jakie słyszałem w 2011 roku (premiera miała miejsce w połowie grudnia 2010).

Tymczasem po pierwszym przesłuchaniu spotkał mnie zawód. Zacząłem się zastanawiać dlaczego nie ma tu takich bomb jak “Tunturia (Part II) czy “A Lament For Whales”. Czyżby “Midnight Sun” miał być tylko jednorazowym wystrzałem? Nadszedł jednak czas drugiej próby, potem trzeciej i kolejnych… aż doszedłem do konkluzji, że to jednak dobra płyta. Choć swoje “ale” mam.

Wszystkie utwory na “Farthest North” łączy jedno: ścinający krew w żyłach, wszechogarniający mróz. “Sunless Sea”, pierwszy kawałek na płycie, wypełniają gęste, organiczne drony, głuche pomruki, szalejące gdzieś w oddali żywioły, ciemna i dość niepokojąca atmosfera. Z kolei tytuł “Perfect Desolation” perfekcyjnie opisuje to, co lodowatą kaskadą wylewa się z głośników podczas drugiego utworu. Na pewno nieobcy jest wam obraz samotnego podróżnika brnącego przed siebie podczas burzy śnieżnej. Wszystkie psy padły, mężczyzna sam jest na skraju śmierci z wyczerpania, sople zwisają mu z brody… I nagle jakiś niezwykle jasny blask migoczący gdzieś na czarnym horyzoncie. Wybawienie czy to przysłowiowe białe światło, ku któremu rzekomo trzeba dążyć, kiedy dusza pomału opuszcza ciało? Doskonały numer.

Mam wrażenie, że “Smokey God” to najmroczniejszy kawałek muzyki jaki muzykowi udało się do tej pory stworzyć. Bywało wcześniej niepokojąco, ale tutaj Ihor wraz ze swoimi niskimi i gęstymi dronami ociera się już o rasowy horror. I nagle zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, “Abode The Light” to słoneczne promienie przebijające się przez grubą warstwę czarnych chmur. Melancholijne syntezatorowe pasaże sprawiają, że wciąż jest piekielnie zimno ale jednocześnie niebiańsko wręcz pięknie. Błękit nieba i oślepiająca biel śniegu. To krótki, dwuminutowy fragment, jakby interludium pomiędzy pierwszym a drugim segmentem płyty.

Początek “Opal Sky” może być nieco mylący, gdyż pomiędzy warstwy organicznych tekstur szybko przenikają nastrojowe partie gitary o nieco post-rockowym posmaku. Kilka nastrojów przeplata się w “In The Midst Of Eternal Ice”, bo jest tu i nieco czerni, ale i odrobina zadumy – podobnie rzecz się ma w dziesięciominutowym finale w postaci utworu tytułowego. Wkrada się weń trochę gitarowego brudu i – po raz pierwszy na płycie (a nie jestem pewien, czy nie w ogóle w całej twórczości Parhelion) – ludzki głos starający się przebić przez ciężkie riffy, organiczne drony. Szepty te, w towarzystwie prostej, lecz ujmującej melodii w efektowny sposób wieńczą album.

“Farthest North” to niezły materiał. Moim zdaniem nie wytrzymuje jednak porównania z debiutem. Nie chodzi tu nawet o brak tak potężnych kawałków, jak te wspomniane przeze mnie wcześniej. Po prostu niewiele tu w sumie nowego. Wiadomo, że w ambiencie trudno rozpatrywać to jako wadę, ale mam wrażenie, że niektóre partie są wręcz żywcem wyjęte z “Midnight Sun”. Jakby w kontekście poprzedniej płyty tej brakowało nieco tożsamości. Pewnie gdyby “Midnight Sun” nigdy nie powstało, “Farthest North” bardziej by do mnie trafiło. A tak, doceniam, będę często słuchać, ale zachwycać się nie zamierzam.

Do albumu dołączono DVD z wizualizacjami autorstwa Zaca Keillera.

Parhelion & Zac Keiller – Farthest North
Cyclic Law, 57th Cycle
CD/DVD 2013

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s