Dale Cooper Quartet & The Dictaphones – Quatorze Pièces de Menace

31rGJwS3EDL._SL500_AA280_

[reviewed by / autor recenzji : stark || ENG/PL]

[ENG]: Although the title of the album says that we should expect fourteen pieces of menace, on the actual album we can find only eleven of them. But it doesn’t matter, because “Quatorze Pièces de Menace” is stuffed with music almost to the limit. So in this context we can’t complain about the new baby of Dale Cooper Quartet. Not so long ago, I wrote about their previous release, “Metamanoir” which turned out to be this year’s small discovery for me (although it dates back to 2011). It was just as nice that this in-depth exploration of “Metamanoir” that had already lasted a couple of weeks, coincided with the release of their newest album, so that in some way I can observe the progress of the group with a fresh eye.

After pressing the “play” button we immediately get a powerful kick in the head with an epic, over 20-minute long suite, the sort that is usually placed as the last track of a release. “Brosme en Dos–vert” is so extraordinary, because it blends the elements of the genres that probably are closest to my heart: ambient melancholy, noir–jazz anxiety, a little bit of controlled noise and this desperate atmosphere, reminiscent of two lovers on the edge of the abyss (literally or figuratively, whatever), in conflict with the whole world, having nothing to lose. Brilliant song, one of the best I’ve heard this year.

This was quite an emotional journey, so after “Brosme en Dos–vert” we get a moment of well–deserved respite. In general the feel of this track doesn’t notably differ from the first one, but technically they aren’t so overwhelming. “Nourrain Quinquet” reminds me a bit of the second track from “Metamanoir”, “Eux Exquis Acrostole”: electronic landscapes in the background, amazing saxophone, unhurried percussions and lazy, or maybe just tired, male vocals.

On the other hand, in “Calbombe Camoufle Fretin” female vocals appear and – I can’t think of a more clichéd reference – we find ourselves in Twin Peaks again, in the lousy bar where Julee Cruise murmurs her love songs. A little surprising, vivid, somewhat more positive and almost rock piece is “L’escolier Serpent Eolipile”. There’s a bit of Elvis, a bit of punk, a pinch of cocaine and… it ends after two and a half minutes. All in all I prefer when Dale Cooper is driving me into a dark pit of depression, but it’s an interesting interlude, showing a lot of creativity still slumbering inside this group. In “La Ventree Rat de Cave” the gentlemen return to the ambience of the first track, though in a less epic form. This is a sort of epilogue to the first part of the album.

And then we have “Il Bamboche Empereurs”, sensual composition with leading female vocals and warm quasi–violin phrases lashing gently on the listener as a light summer breeze. “Celadon Bafre” stands at the opposite pole, as it’s a depressing track sung in such a way as if it was the last thing the singer does before shooting his head off. “Ignescence Black–bass Recule” is again slightly “lynchesque”, but more from his “Lost Highway” period than “Twin Peaks”. Mr. Eddy, who apparently likes me for some unknown reason and Alice lustfully gazing into my eyes. A surprising curiosity is a sample from the French horror movie “Martyrs”, with a Polish lector. Then the very short piece, “Mange Tanche” and the moving finale that is “Lampyre Bonne Chere” leaving the listener with a sense of regret that this is the end of a dark, sometimes poignant, sometimes streaked with gallows humor journey.

Have you noticed that I haven’t even once referred to the German group whose name starts with a “B”? It’s because Dale Cooper on “Quatorze Pièces de Menace” is something different and comparing the French ensemble to the Bohrens would be out of place. Dale Cooper is exploring, venturing into unknown realms. In the second part of the album even the role of the saxophone is reduced to a minimum. Sure, they could remain in a cosy darkjazz pigeonhole and record another similar sounding material. I’m sure it would still have been very good. But this is not probably the ambition of these French guys. They want to uncover new territories, they want us to do it with them. And since they didn’t neglect the emotional part, as a result we received a great album, genuinely heart gripping. Oh, I won’t free myself from this Twin peaks charm for some time, that’s for sure.

[PL]: Choć tytuł płyty mówi, iż powinniśmy dostać aż czternaście groźnych kawałków, na płycie znaleźć można ich tylko jedenaście. Ale to nie szkodzi, bo album wypchany jest muzyką bardzo obficie. Na polu ilościowym nie można w kontekście nowego dziecka kwartetu Dale’a Coopera narzekać. Nie tak dawno pisałem o poprzednim ich wydawnictwie, “Metamanoir”, które okazało się dla mnie małym tegorocznym odkryciem (choć płyta to z 2011 roku), i akurat tak przyjemnie się złożyło, że trwająca już kilka tygodni dogłębna eksploracja “Metamanoir” zbiegła się w czasie z wydaniem kolejnego ich albumu, tak że w pewien sposób “na świeżo” mogę obserwować progres grupy.

Już na początek dostajemy w łeb potężną, ponad dwudziestominutową suitą z gatunku tych, które z reguły umieszcza się na płytach jako ostatnie. “Brosme en Dos-vert” jest o tyle niezwykły, że miesza w sobie elementy rodem z gatunków chyba najbliższych memu sercu: ambientowa melancholia, noir-jazzowy niepokój, odrobina kontrolowanego hałasu i ta desperacka atmosfera przywodząca na myśl dwoje kochanków na skraju przepaści (dosłownie albo w przenośni, nieważne), skonfliktowanych ze światem, nie mających już nic do stracenia. Genialny utwór, jeden z najlepszych jakie w tym roku słyszałem.

To był wręcz emocjonalny gwałt na słuchaczu, dlatego po “Brosme en Dos-vert” otrzymujemy zasłużoną chwilę wytchnienia. To znaczy ogólnie rzecz biorąc nastrój kolejnych utworów w dużej części nie odbiega szczególnie od pierwszego, ale przynajmniej formalnie nie są one tak przytłaczające. “Nourrain Quinquet” trochę mi przypomina drugi utwór z “Metamanoir” czyli “Eux Exquis Acrostole”; elektroniczne pejzaże w tle, niesamowity saksofon, leniwe perkusjonalia i jeszcze bardziej leniwy, a może po prostu zmęczony męski wokal.

Z kolei w “Calbombe camoufle Fretin” pojawia się wokal kobiecy i – choć to skojarzenie najbanalniejsze z możliwych – znowu znajdujemy się w Twin Peaks, w zapyziałej knajpie, w której Julee Cruise mruczy swoje piosenki. Trochę zaskakujący, żywszy, jakby nieco pozytywniejszy, prawie rockowy okazuje się “L’escolier Serpent Eolipile”. Odrobina tu Elvisa, trochę punka, szczypta kokainy i… koniec po dwóch i pół minutach. W sumie dobrze, bo wolę jak mnie Dale Cooper wpędza w depresję, ale ciekawy to przerywnik, pokazujący spore pokłady kreatywności drzemiące jeszcze w grupie. W “La Ventree Rat de Cave” panowie wracają do klimatu pierwszego utworu, choć w mniej epickiej formie. To poniekąd epilog dla pierwszej części płyty.

A potem mamy “Il Bamboche Empereurs”, zmysłową kompozycję z wiodącymi żeńskimi wokalami i ciepłymi quasi-smyczkowymi frazami, smagającymi po twarzy delikatnie niczym lekki letni wiatr. “Celadon Bafre” stoi na przeciwległym biegunie, to przygnębiający utwór, w którym wokalista śpiewa w sposób taki, jakby była to ostatnia czynność zanim strzeli sobie w łeb. “Ignescence Black-bass Recule” to znowu nieco Lyncha, choć bardziej z czasów “Zaginionej Autostrady” niż “Twin Peaks”. Pan Eddy, który z niewiadomych przyczyn chyba mnie polubił i Alice spoglądająca mi pożądliwie w oczy. Zaskakującą ciekawostką jest w tym utworze sampel z francuskiego horroru “Martyrs”… z polskim lektorem. Później króciutkie “Mange Tanche” i przejmujący finał w postaci “Lampyre Bonne Chere” pozostawiający słuchacza z poczuciem żalu, że to już koniec tej czasem mrocznej, czasem wzruszającej, czasem podszytej wisielczym humorem podróży.

Zauważyliście, że ani razu nie odniosłem się do niemieckiego bandu na B? Dale Cooper na “Quatorze Pièces de Menace” to już jednak coś innego i porównywanie Francuzów do Bohrenów byłoby nie na miejscu. Dale Cooper poszukuje, zapuszcza się w nieznane rejony. Nawet rola saksofonu w drugiej części płyty zostaje ograniczona do minimum. Pewnie, że mogliby pozostać w darkjazzowej szufladce i nagrywać kolejne podobnie brzmiące materiały. Na pewno wychodziłoby im to bardzo dobrze. Ale nie to jest chyba ambicją Francuzów. Chcą eksplorować, chcą abyśmy robili to razem z nimi. A przy tym nie zaniedbują warstwy emocjonalnej, efektem czego otrzymaliśmy płytę znakomitą, autentycznie chwytającą za serce. Oj, chyba nie uwolnię się spod tego twinpeaksowego uroku jeszcze przez dłuższy czas.

Dale Cooper Quartet & The DictaphonesQuatorze Pièces de Menace
CD, LP, Digital Release, 2013
Denovali

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s