Lycia – Cold [English/Polish]

lycia

[reviewed by / autor recenzji: Peter Marks || ENG/PL]

ENG: Originally released in 1996, this gorgeous re-issue is pressed on milky, thick vinyl and over the course of 2 LPs it takes us back to those mythic days when Lycia were quite well known. Everything about what Handmade Birds have done here exudes A-level exactitude, from the re-mastering right down to the deliciously executed sleeve. The principles: Mike VanPortfleet, David Galas and Tara Vanflower. The approach: polished arrangements and decadent production. One almost wonders why this album was somewhat overlooked at the time and then you remember…

There is Lycia before The Burning Circle and Then Dust and there is Lycia after. Their label at the time hyped that impending 2CD (later re-issued as a single) as though it would break through all resistance the band were encountering but the band had different ideas. I almost was caught up in the hysteria due to the lead in being Lycia’s one and only live album which preceded it, a live album which is arguable the best thing this band ever did I might add. If you don’t own it, you should. Track it down. But where were we oh yes, Cold always suffered from the younger sibling syndrome being only a single disc with a much scaled down feel. Fans who tuned out after The Burning Circle were even less inclined to investigate the follow up.

It did not help matters that there was very little press for Cold, the few reviews I remember seeing made a lot of lazy comparisons to the Cocteau Twins. Lycia also lost a member during this time in the form of David Galas who moved back to Arizona and went solo. His albums I have written about extensively, I’ve been in contact with him since 1995. He is very worth your time. And so, with the trio now a duo Cold faded more and more into the background and even got tagged as being nothing but outtakes from the previous album. There was also still considerable attention being paid to their side-project Bleak that also was released in 95, which was an even more aggressive take on Lycia’s earlier works. It was fully re-mastered with great reverence and care by David Galas in 2009 and is available digitally.

With regard to Cold being mere cutting room floor scraps: this really could not be further from the truth. For all the glossy sounds, for all of the soaring vocals and gutting feel: Cold is a record which stands on it’s own quite proudly. There may have been tensions in the band but they utilized this to produce profoundly remarkable songs. Galas’ two compositions alone made any accusations of lethargy lose whatever merit they were ever perceived to have had. Never mind the songs Drifting, Baltica or Later. Out of the park, each and every one of them.

I have been a fan since Ionia came out, owned it on cassette at first. Wore the t-shirt proudly. Lycia’s early works with any luck will get this sort of treatment in the future (indeed, Ionia was the other option Handmade Birds considered for this re-release) but even though that record and A Day in the Stark Corner are part of my DNA, they are decidedly confrontational. Some might even go so far as to call them contemptuously aloof. I do sympathize with Lycia’s choice, however, as those works (and even Wake, which was re-issued in 1993) are an acquired taste.

There is something universally appealing about Cold, it’s the sound of a band creating the closest approximation of their surroundings possible. The Cure’s Disintegration is the only album which encapsulates the terrain it was made in better and Bobby and the boys had a much, MUCH bigger budget than Lycia could ever even dream of. This record is Lycia at their prettiest, their most refined and also their most resigned. Cold was the end of an era, all the momentum they’d generated had been consumed by the backlash The Burning Circle generated. It wasn’t just Lycia going through the motions, Cold was them literally freezing to death. I have a lot of memories of 1996 and most of them aren’t very positive or pleasant, something tells me Lycia have a similar take on that time.

Now about that tenth track which was included digitally, it comes from Lycia’s upcoming new album Quiet Moments. If you own VanPortfleet’s shamanic solo album you’ll know where it fits. As Lycia? Well that remains to be seen. I’m always leery of single songs put out before their context in the full album is heard and so I’m on the fence with it. Ghostly vocals and wraith-like guitars are the order of the day for Antarctica. I will continue playing it and you can be assured I’ll cover their newest when it does appear. After all, I loved Tripping Back Into the Broken Days so there’s no fear here.

PL: Pierwotnie wydana w 1996 roku płyta doczekała się wspaniałej reedycji na gęstym, mlecznym winylu i na przestrzeni dwóch krążków zabiera nas z powrotem w mityczne czasy, kiedy Lycia była całkiem znana. Wszystkie aspekty, którymi zajęła sie tu wytwórnia Handmade Birds zostały dopracowane w każdym szczególe od samego remasteringu aż po przepyszną obwolutę. Odpowiedzialni: Mike VanPortfleet, David Galas i Tara Vanflower. Podejście: czyste aranżacje i dekadencka produkcja. Zastanowić się można czemu ten album został w swoim czasie przeoczony…

Istnieje Lycia przed “The Burning Cycle and Then Dust” oraz Lycia po. W swoim czasie ich wytwórnia zrobiła dużo szumu wokół tego nadchodzącego podwójnego CD (który doczekał się później reedycji na jednym krążku), że niby miałby on przełamać wszelki opór na jaki mógłby natknąć się zespół, oni mieli jednak inne pomysły. Prawie się dałem wciągnąć w histerię ze względu na tropy zawarte na płycie poprzedzającej “The Burning…”, czyli albumowi live, będącym chyba najlepszą rzeczą, jaką ten zespół wydał. Jeśli nie masz tej płyty, powinieneś ją mieć. Namierz ją. Ale gdzie to byliśmy… ach tak, “Cold” zawsze cierpiał z powodu syndromu młodszego rodzeństwa. Był tylko jednopłytowym zdecydowanie mniej spektakularnym wydawnictwem. Fani, którzy wyłączyli się po “The Burning Circle…” byli jeszcze mniej skłonni do zbadania, co znajduje się na jej następcy.

Całej sytuacji na pewno nie pomógł fakt, że “Cold” wytłoczono w bardzo niskim nakładzie, a wiele recenzji, na jakie w tamtym czasie się natknąłem zawierało będące pójściem na łatwiznę porównania do Cocteau Twins. Lycia utraciła też wtedy ważne ogniwo, gdyż David Galas zdecydował się wrócić do Arizony i rozpocząć działalność solo. O jego albumach pisałem już kiedyś gdzie indziej w bardzo szerokim zakresie, z samym Davidem jestem w kontakcie od 1995. To naprawdę muzyk warty waszego czasu. I w ten sposób trio, a właściwie już duet zaczęło wraz z “Cold” niknąć stopniowo w cieniu, a płytę zaklasyfikowano jako wypełnioną odrzutami z poprzedniego albumu. Choć sporo uwagi przyciągnął tez wtedy ich sideproject, Bleak, który był w pewien sposób agresywną wersją wcześniejszych dokonań Lycia. Tę płytę także zremasterowano, czego z wielkim szacunkiem i troską dokonał David Galas w 2009 roku. Jest ona w tej chwili dostępna w formie cyfrowej.

“Cold” jako walające się na podłodze skrawki, pozostałości po poprzedniej płycie: z takim podejściem dalej od prawdy znaleźć się chyba nie można. Wszystkie te błyszczące brzmienia, niebosiężne wokale, coś, co porusza cię wewnątrz: “Cold” to płyta, która broni się dumnie i samodzielnie. Może i były tarcia wewnątrz zespołu, ale udało im się je wykorzystać w sposób taki, że ich efektem okazały się głębokie, fantastyczne piosenki. Same dwie kompozycje Galasa sprawiły, że jakiekolwiek oskarżenia o popadnięcie w letarg traciły rację bytu. Nieważne, że sa tu “Drifting”, “Baltica” czy “Later”. Calość jest absolutnie wyjątkowa.

Jestem fanem grupy od kiedy wydali “Ionia”, początkowo miałem to na kasecie. Z dumą nosiłem koszulkę. Inne wczesne dzieła Lycia przy odrobinie szczęścia też zostaną w ten sposób potraktowane (zresztą “Ionia” była drugą opcją rozważana przez Handmade Birds w kontekście reedycji), ale nawet jeśli tak się stanie to właśnie ta płyta oraz “A Day in the Stark Corner” są częścią mojego DNA. Niektórzy mogą dyskutować z tym wyborem, ja jednak z nim sympatyzuję gdyż te płyty (jak i “Wake”, który ponownie wydano w 1993) są niezwykle wysmakowane.

Jest coś uniwersalnie pociągającego w “Cold”, to brzmienie zespołu zbliżające się do ich otoczenia najbardziej jak to możliwe. “Disintegration” The Cure to jedyny album. na którym lepiej uchwycono miejsce, gdzie album nagrano, choć należy pamiętać, że Bobby i koledzy mieli o WIELE większy budżet, taki o jakim Lycia mogłaby tylko pomarzyć. Ta płyta to Lycia w wydaniu najpiękniejszym, najbardziej wyrafinowanym, ale i najbardziej zrezygnowanym. “Cold” był końcem pewnej epoki, wszystkie ulotne chwile, które stworzyli zostały pożarte przez ogólny sprzeciw jaki wygenerował “The Burning Circle…” To nie była Lycia podążająca w tę czy inną stronę, “Cold” dosłownie zamroził ich na śmierć. Mam wiele wspomnień z 1996, większość z nich nie jest pozytywna ani przyjemna. Coś mi mówi, że Lycia miała przeżywała wtedy podobny okres.

Parę słów o utworze dołączonym do wersji cyfrowej. To kawałek z nadchodzącej opłyty “Quiet Moments”. Jeśli znacie szamanistyczny solowy album VanPortfleeta, wiecie czego się spodziewać. A czy pasuje do Lycia? To się okaże. zawsze podchodzę z nieufnością do pojedynczych piosenek wyrwanych poza kontekst pełnej płyty, więc nie jestem jeszcze pewien. Upiorne wokale i widmowe gitary, są na porządku dziennym. Będę tego nadal słuchał i bądźcie pewni, że opiszę także ich nową płytę kiedy się ukaże. W końcu podobała mi się nawet “Tripping Back Into the Broken Days”, więc bez obaw.

Lycia – Cold
LP / Download 2013, Re-issue, Limited
Handmade Birds, HB-DIS054

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s