The Mission – The Brightest Light [English/Polish]

brightest_light

[reviewed by / autor recenzji : Peter Marks || ENG/PL]

ENG: Who the hell is this? Prepare yourselves, fans and even casual listeners… forget Amelia, Tower of Strength, Deliverance and Butterfly on the Wheel. Whatever impressions you had about this band are about to be blown out of the water. This is a Mission album in name only, yes you read that right. One of England’s longest running musical groups have gone over the horizon in search of The Brightest Light. I’d never been a fan of what Wayne and co. do but if this is how their final chapter is to be written, I’m going to have to go back and re-visit what they have done. An about face? Happily. Serious musicianship has at last trumped this band’s somewhat feather-weight reputation. My oh my can these four do the business.

It does not hurt one iota that for the first time since Carved In Sand, Simon Hinkler is a member again. As much as I admire Wayne Hussey’s abilities as a guitarist, when he’s got Simon in the arsenal for some reason The Mission really come alive. I suppose this is why during their heyday from 1986 – 1990 they were such a guilty pleasure for me, because while indie rock ran rampant and Eldritch traded in the band for Jim Steinham: The Mission UK (as they’re called here in the states) delivered on all the promise of where post-punk and “goth” were slated to go. Then Masque happened… Craig Adams left, Simon was already gone and Hussey began just putting out whatever. There were flashes of what they’d been on their then final album Blue. An album detested by fans to this day.

All that aside (and we’ll ignore the recent “final” shows which somehow made it onto DVD), The Mission have made a beat up bluesy beast of a record here. Hussey’s lyrics are as per the norm loaded with references and sly jabs at people and institutions, he does so seem to like being the acrid tongued balladeer. Marianne Faithful’s infamous escapade with sir Mick and Keith Richards gets a song all it’s own on here, but Wayne cleverly changes just one word to obscure what he’s on about, all the same it’s hilarious. The Stones do little for me, but I instantly knew what The Girl in a Fur Skin Rug was about. Other topics include celebrity via Just Another Pawn in Your Game (take that, Moz!), religion and the lifespan of the band.

When this one opens up with Black Cat Bone, you’ll find yourself dropping whatever you’re doing to go wander into your speakers and shake your head in wonderment. This is The Mission? Where have they been hiding all these years, and why in the good lord’s name have they not explored this avenue before. Everything but the Squeal, the title track and Born Under a Good Sign hit with a vengeance and lead into some of the slower songs that are every bit as powerful as their catchy counterparts. There Ain’t No Prayer in the Bible Can Save me Now is as close as I have ever heard them get to a gospel song and it’s tempting to wish for a chorus to back them up; as it stands this one is potent enough without sugaring the pill. From the Oyster Comes the Pearl is a touching love song with Hussey belting it out as you know and love however the arrangement behind his words is pretty bare bones. This entire record would not be out of place playing in a roadside cafe, it certainly is not the polished monument of studio perfection these fellows usually give out.

Strange hints of country twang about here and there which makes me wonder where they may be headed to next.

At the very end you’ll find the two finest songs on here, the epic Swan Song which bluntly says that “it ain’t over till it’s over… until the fat lady sings” and Hussey’s love letter to his long standing (and suffering) fans Litany for the Faithful. Arches of flamenco guitar garnish this one as our leading man takes his place on stage like Peter O’ Toole in Lawrence of Arabia. He surveys the endless expanse of what has come before and writes it all down in detailed list form. Somehow this band have shed their skins and emerged as just four guys who are more than happy to play for the simple love of playing.

In this day and age, acts of The Mission’s generation are often loath to release new work because the expectations are so high. Now add to this some of the stunts this group have pulled throughout their career and it becomes remarkably brave to do what they have done. Others are more than happy to be jukeboxes spitting out the hits, refusing to put out an album because of some contrived set of excuses for their loss of mojo. To answer the critics who doubtlessly are going to nitpick this lot to death over what they’ve said and done in the past, I’d imagine their response might go something like this: So we said we were done, so what? Have a new album anyway. Oh and by the way, this one doesn’t sound much like us. We don’t care.

“But I can’t bring myself to sing… of ever leaving you…”

PL: Kto to jest, do diabła? Przygotujcie się wszyscy, fani czy nawet przypadkowi słuchacze… zapomijcie o Amelia, Tower of Strength, Deliverance i Butterfly on the Wheel. Jakąkolwiek mieliście opinię o tym zespole, w tym przypadku zostanie ona rozbita w drobny mak. To płyta The Mission tylko z nazwy, tak, dobrze przeczytaliście. Jeden z najdłużej w tej chwili działających angielskich zespołów przekroczył horyzont w poszukiwaniu Najjaśniejszego Światła. Nigdy nie byłem fanem Wayne’a i spółki, ale jeżeli tak ma wyglądać ich końcowy rozdział, będę musiał ponownie przeanalizować ich twórczość. Poważne muzykowanie w końcu przyćmiło ich dotychczasową raczej piórkowej wagi reputację. O rany, ta czwórka wie o co chodzi w tym biznesie.

W ogóle nie boli fakt, że Simon Hinkler znowu jest członkiem, po raz pierwszy od Carved In Sand. Pomimo, że podziwiam gitarowe umiejętności Wayne’a Hussey’a, to jednak dopiero kiedy ma on Simona na pokładzie The Mission nabiera życia. Podejrzewam, że to właśnie dlatego byli w latach swej świetności (1986-1990) taką moją guilty pleasure, bo podczas gdy indie rock rozszalał się na dobre a Eldritch zastąpił Jima Steinhama, The Mission UK (bo tak ich nazywamy w Stanach) spełniało wszelkie obietnice, w jakim kierunku post-punk i “goth” miały ramię w ramię podążyć. Tylko do momentu, kiedy nagrali Masque… Craig Adams odszedł, Simona już nie było, Wayne zaczął wydawać byle co. Przebłyski tego, czym byli kiedyś można było jeszcze dostrzec na Blue, albumie kończącą pewną ich erę. Albumie do dziś znienawidzonym przez fanów.

Wszystko to zepchnijmy jednak na bok (i zignorujmy te niedawne niby “pożegnalne” koncerty, które trafiły na DVD). The Mission stworzyło wysoce zainfekowaną bluesem bestię. Teksty Hussey’a są przeładowane ponad normę odniesieniami i cichym wbijaniem szpil pewnym ludziom i instytucjom. Wygląda na to, że spodobało mu się bycie takim bardem o cierpkim języku. Nawet niesławna eskapada Marianne Faithfull wraz z sir Mickiem i Keithem Richardsem otrzymuje tu własną piosenkę, tyle że Wayne sprytnie zmienia tu jedno słowo co od razu zaciemnia cały obraz. Samo to w sobie jest niesamowicie zabawne. Stonesi niewiele w sumie dla mnie znaczą, ale od razu wiedziałem o co chodzi w The Girl in a Fur Skin Rug. Inne tematy, jakie poruszane są w tekstach to celebrytyzm (udław się tym, Moz!), religia i historia samego zespołu.

Kiedy usłyszycie pierwsze dźwięki Black Cat Bone rzucicie w kąt cokolwiek w danym momencie robicie, podejdziecie do głośników i potrząśniecie głową ze zdumienia. To jest The Mission? Gdzie oni się przez tyle lat ukrywali i, na Boga, dlaczego nie eksplorowali tych rejonów wcześniej? Wszystkie piosenki poza Squeal, numerem tytułowym i Born Under a Good Sign walą wprost między oczy i prowadzą ku wolniejszym, lecz nie mniej potężnym fragmentom stanowiącym przeciwwagę dla ich bardziej chwytliwych odpowiedników. W There Ain’t No Prayer in the Bible Can Save me Now zbliżają się do stylistyki gospel tak blisko, jak to tylko możliwe. Kuszące jest żałować, że nie wspiera ich tu gospelowy chór, choć piosenka ta sama w sobie jest na tyle mocna, że może się obejść bez tej wisienki na torcie. From the Oyster Comes the Pearl to wzruszający kawałek miłosny, w którym Hussey drze sie w sposób jaki znamy i za który go kochamy, aczkolwiek poza jego śpiewem sama aranżacja jest bardzo oszczędna. W ogóle płyta ta sprawdziłaby się grana w przydrożnych knajpach, daleko jej do wypolerowanej studyjnej perfekcji, do której ci goscie wcześniej nas przyzwyczaili.

Dziwaczne aluzje do country pobrzdękują tu i ówdzie, co zmusza mnie do zastanowienia się, gdzie ci faceci mają zamiar podążyć w przyszłości.

Na samym końcu znajdziecie dwie najpiękniejsze piosenki, epicki Swan Song, który bez ogródek mówi, że: “it ain’t over till it’s over… until the fat lady sings” oraz list miłosny Hussey’a do jego najwierniejszych (i najmocniej cierpiących) fanów, czyli Litany for the Faithful. Zręby stylistyki flamenco upiększają ten utwór, w którym nasz lider wychodzi na scenę niczym Peter O’Toole w Lawrence’u z Arabii. Analizuje tę nieskończoną przestrzeń, wszystko to, co stało się z nimi wcześniej i przedstawia to w formie szczegółowej listy. Wydaje się, że The Mission zrzuciło w końcu przebrania, spod których wyłoniło się czterech zwykłych facetów, którzy grają dla zwykłej przyjemności grania.

W dzisiejszych czasach grupy o takim stażu jak The Mission raczej niechętnie podchodzą do wydawania nowych płyt, bo oczekiwania wobec nich są tak wysokie. Dodajcie jeszcze do tego te wszystkie głupie wolty, których wcześniej dokonali a zrozumiecie jak odważnie postąpili. Innym muzykom wystarcza bycie szafą grającą wypluwającą stare hity, ale odmawiającą nagrania kolejnego albumu tłumacząc się zestawem wymyślnych wymówek tłumaczących zwykłą utratę magicznego dotyku. Krytyce pewnie będą im docinać za to, co zrobili w przeszłości, wyobrażam sobie jednak co chłopaki odpowiedzą: ” Przecież powiedzieliśmy, że już skończyliśmy, co z tego? Macie nowy album. Przy okazji, on wcale nie brzmi tak jak my. Mamy to gdzieś”

“But I can’t bring myself to sing… of ever leaving you…”

The Mission – The Brightest Light
SPV/Oblivion
CD 2013

4 responses to “The Mission – The Brightest Light [English/Polish]

  1. Pingback: First Review of The Brightest Light | Mission World Information Service·

  2. Went to see them at The Thekla in Bristol, where they played three consecutive nights (how many groups have ever played an oversized converted Icelandic fishing trawler?).
    One word: Brilliant.
    For comparision, the last time I saw them play live was in the mid 80s, Carved in Sand tour. One of my favourite gig memories, they were so note perfect. Well, re formed or not, they can still deliver now just as well as they could back then. If you have the slightest shadow of a doubt about getting tickets, dispel it, now, and buy them. You won’t regret it.

  3. Brilliant stuff, I have not waited in anticipation for an album in over a decade😀

  4. Just heard the album (sans bonus tracks) and I think it is absolutely brilliant. I know the Mission’s fanbase will probably disown them again for this one and I’m sure many were expecting Carved In Sand Part II with Simon’s return, but instead they chose to record something new and exciting. Wayne growl-sings on the opening track and elsewhere, giving the album a harder edge and the production– it just sounds amazing!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s