Bvdub – Then [Polish/English]

bvdub_then

[autor recenzji / reviewed by: Tomasz Maciejewski || PL/ENG]

PL: Niesamowite, poważnie. Rzadko kiedy się zdarza, by jeden człowiek nagrał aż siedem pełnometrażowych albumów w ciągu dwunastu miesięcy. Mało tego, każdy został spłodzony w innej szerokości geograficznej, w innym wydawnictwie, w różnych krajach. Statystycznie rzecz biorąc – jeden LP wychodzi na nieco ponad półtora miesiąca; imponujące. Brock van Wey – bo o nim mowa, wydał już na świat tyle muzyki, ile większość uznanych artystów nie popełnia przez całe swe twórcze życie. Nie ukrywam, że ciężko za nim nadążyć ze względu na porażającą ilość materiału (dyskografia na discogs systematycznie rośnie); z góry mogę już zapewnić, że nawet w tydzień nie da się tego wszystkiego po kolei ogarnąć. Tak czy inaczej – jedno z dzieł spod skrzydeł włoskiej Glacial Movements (patrz: „I Remember”) tak bardzo przypadło mi do gustu, że byłem ciekaw jaki będzie następny rozdział. Akurat tak się złożyło, że niecałe trzy miesiące po wypuszczeniu wyżej wspomnianego krążka, światło dzienne potajemnie ujrzała jeszcze jedna płyta, będąca już ostatnią, wieńczącą rok 2011.

Na „Then” zostały zapisane tylko cztery kawałki, ale fani dobrze wiedzą, z jakimi kolosami będą musieli się zmierzyć. Pod względem stylistycznym niewiele różni się od swoich poprzedników, w związku z czym miłośnicy prac takich osobowości jak np. Brian Eno, czy też Steve Roach nie powinni się spodziewać niczego spektakularnego. Nie będę tu absolutnie oceniać pod kątem „dobry-zły”, bo wszyscy odbieramy i interpretujemy bodźce inaczej, na swój sposób. Ambient jest zjawiskiem tak polimorficznym i nieograniczonym, jak kosmos; wielu z nas poszukuje w tym gatunku różnych „muzycznych pierwiastków” i dla mnie są to przede wszystkim emocje. Najprostsze, ludzkie emocje, towarzyszące nam na co dzień. Często bardzo silne i trudne do opanowania, mniej lub bardziej przyjemne, ale zawsze wyraźnie obecne w każdej produkcji Brocka. Przypuszczam, że niniejszy album jest kolejnym, wymykającym się kontroli zapisem chwili, pozostawionym słuchaczowi do indywidualnej interpretacji, więc przy okazji pozwolę sobie podzielić się nieco własnymi refleksjami podczas tej barwnej i pełnej różnorodnych przeżyć muzycznej eskapady…

Rozpoczynający „Had to be there” stanowi swego rodzaju retrospekcję. Delikatne, kołysankowe tła, wzbogacane stopniowo neoklasycznymi wstawkami i zapętlonymi wokalami, przenoszą powoli do baśniowo-onirycznego świata dziecka, pełnego gwiazd i tajemniczych, tańczących sylwetek. Z czasem, gdy wchodzą już bardziej rytmiczne motywy, a wokale nabierają żywiołowości, przypominają się też beztroskie lata dzieciństwa, kiedy wszystko jeszcze wydawało się takie proste. Odtwarzają się miejsca, w których już kiedyś byliśmy, za którymi tęsknimy, ale niestety już nigdy do nich nie wrócimy. Smutna i jednocześnie przyjemnie tuląca do snu nuta…

„I knew the first time”… – tutaj artysta osiągnął chyba emocjonalne apogeum na całej płycie. Wreszcie doczekałem się tego, co tak długo siedziało mi w głowie, i co dokładnie chciałem usłyszeć. W dużym skrócie: jest to masywna, trwająca bite 22 minuty ambientowa suita, która niczym wulkan kumuluje się powoli, by następnie wybuchnąć obfitą lawą uczuć. Rozległe, oceaniczne pady efektywnie przeplatają się z potężnymi, wręcz niebiańskimi chórami, no i te przejmujące kobiece wokalizy rozkosznie kołyszą i unoszą wysoko, wyżej i jeszcze wyżej, ponad ludzki wymiar. Dawno już nie słyszałem tak wspaniale nasyconej i ekspresyjnej kompozycji. Jest to jeden z tych utworów, do których osobiście wracam nadzwyczaj często i za każdym razem na nowo przeżywam ten sam błogi stan. Nie mogę, nie potrafię, nie chcę się oderwać…

Podobnie rozkręca się sentymentalny „You said…”, z tą tylko różnicą, że usłyszymy inne, bardziej ‘popowe’ barwy wokalne, więcej rytmicznych, basowych linii, trochę klasycznych motywów techno i nieco gitary akustycznej pod koniec. Niemniej jednak atmosfera jest zdecydowanie bardziej nostalgiczna i przepełniona uczuciem gorzkiego rozczarowania, żalem i silną tęsknotą za tym, co było dla nas cenne, a zostało bezpowrotnie utracone. Przyznam, że zdarzyło mi się nawet uronić kilka słonych kropel; naprawdę każdy dźwięk jest do bólu szczery, a emocje są obecne tu i teraz, nic nie dzieje się przypadkowo.

Cała melancholia zostaje zmyta na dobre wraz z optymistycznym nadejściem „When we Saved the World”, w którym syntezatorowe plamy spokojnie szumią i łagodnie uderzają w rytmie morskich fal, a gdzieś z oddali dochodzą jeszcze szepty i wokale nucące swoją ostatnią opowieść. Wreszcie możemy zapaść w głęboki sen z nadzieją na lepsze jutro. Ten kawałek okazał się dla mnie dość ciekawy, gdyż brzmieniowo przypomniał mi nieco o przeboju z lat 90-tych, mianowicie „You’re not alone…” legendarnej (lecz nieaktywnej od wielu lat), brytyjskiej grupy Olive. Co prawda są to dwa różne od siebie światy, ale lekkiego porównania można w tym miejscu dokonać. Zresztą muzyka z tamtego okresu miała znaczący wpływ na dalszy rozwój artystyczny Amerykanina, co potwierdzają też jego bardziej techno-dubowe albumy.

Wciąż jestem mocno przywiązany do twórczości Bvdub’a. Jego wizje i wrażliwość przemawiają do mnie. Cała płyta od początku do końca jest perfekcyjnie dopieszczona i bez cienia wątpliwości stwierdzam, iż stanowi najlepsze panaceum na wszelkiego rodzaju szarości i gorycze współczesnego świata tak dotkliwie zdominowanego przez toksyczny hałas i zupełnie niepotrzebny pośpiech. Tutaj muzyk wykreował niemalże namacalny świat, w którym czas nie istnieje, człowiek jest całkowicie wolny od bólu i nic mu nie grozi. Bvdub leczy, wzrusza, koi i buja. I chciałbym, żeby tak już pozostało…



ENG:
It’s really amazing. It doesn’t happen very often that one man records as many as seven full-length albums within twelve months. Not only that, but each of them was created in a different latitude, released on a different label, in different countries. Statistically speaking, one album was released every more or less one and a half months; impressive. Brock Van Wey – because it’s him of whom we are speaking, has already given the world so much music as most established artists make during their whole creative life. I have to admit, it’s hard to keep up with him because of the appalling amount of material (his discography at Discogs is constantly growing); I can assure you in advance that even a week would not suffice to embrace all of his musical creations. Anyway, one of the works released by the Italian Glacial Movements (“I remember”) was so much to my liking that I was wondering what the next chapter would be, and it just so happened that in less than three months after the release of the aforementioned disc, he released another album, crowning the year 2011.

On “Then” we have only four tracks, but the fans are already well aware of what giant forms they’ll have to face. In terms of style it’s not much different from its predecessors, so those who love the works of famous personalities such as Brian Eno or Steve Roach shouldn’t expect anything spectacular. I won’t judge this material in terms of “good-bad”, because we all perceive and interpret such stimuli in a different way. Ambient is a phenomenon as polymorphic and limitless as space; many of us are searching for different kinds of “musical elements” and for me there’s one of them which is above all – emotions. The simplest human emotions that accompany us every day. Often very strong and difficult to control, more or less pleasant, but always clearly present in each of Brock’s releases. I suppose this album is another elusive recording of a certain moment, left for the listener to individual interpretation.

Let me share some of my own thoughts on this colorful and varied musical escapade; the opener, “Had to Be There” is a kind of flashback. Delicate, lullaby background, gradually enriched with neoclassical inserts and looped vocals, moving us slowly to the dream, fairy-like world of a child, full of stars and mysterious dancing figures. Over time rhythmic motifs appear and the vocals become more spontaneous – it’s also reminiscent of carefree childhood years, when everything seemed so simple, it restores the places where we have already been, for which we yearn, but won’t ever return to any of them. A sad and at the same time pleasantly soothing tune.

“I knew the first time”; here the artist achieved the emotional climax of the album. I finally lived to see what was hidden in my mind for so long. It’s exactly what I wanted to hear. In a nutshell it’s a massive, lasting 22 minutes ambient suite, resembling a volcano accumulating slowly and then exploding with an abundant lava of feelings. Vast ocean pads effectively interwoven with powerful, almost heavenly choirs, and those poignant female vocals blissfully swaying and floating higher and higher, far above and beyond human dimensions. I haven’t listened to such a rich and expressive composition for a long time. This is one of those tracks I will personally come back to very often, and every time I’ll relive the same blissful state. I can’t, I don’t want to get away…

Sentimental “You said …” at first looks similar, with the only difference that we hear more ‘pop’ coloured vocals, more rhythmic bass lines, some classic techno themes and a bit of acoustic guitar at the end. However, the atmosphere is much more nostalgic and full of feeling of bitter disappointment, grief and a strong desire for what was valuable to us, and have been irretrievably lost. I admit that I shed a few salty drops, each sound is painfully honest, emotions are present here and now, nothing happens by accident.

All the melancholy is washed away for good with the optimistic arrival of “When We Saved The World” where synth stains gently hum and quietly beat the rhythm of sea waves. Somewhere in the distance there are whispers and voices chanting their farewell story. We can finally fall into a deep sleep hoping for a better tomorrow. This piece was quite interesting for me because it reminded me a bit of a certain hit from the 90’s, namely “You’re Not Alone …” by the legendary (yet inactive for many years) British band Olive. It’s true that they come from two totally different worlds, but I guess this slight comparison is valid. Besides the music from that period obviously had a significant impact on the further development of the American artist – that is confirmed by his more techno-dub albums.

I’m still very attached to Bvdub’s works. His vision and sensitivity speak to me. The whole album from start to finish is perfectly carved in every aspect. Without doubt I say that it’s the best cure for all kinds of grayness and bitterness of the modern world, so acutely dominated by toxic noise and totally unnecessary haste. The musician has created almost a palpable world where time doesn’t exist, where man is completely free of pain. Bvdub cures, touches, soothes and swings. I wish it would be always like that.

Bvdub – Then
AY ‎[DQC-825]
CD 2011

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s