CAUL – The Long Dust [Polish/English]

caul

autor recenzji / reviewed by: stark || PL: No i po raz kolejny wylądował Caul w Malignant Records. Jak gdyby wytwórnia Jasona była swego rodzaju bezpieczną przystanią dla Bretta Smitha. Może wydawać w różnych labelach, ale zawsze ma tą pewność, że cokolwiek by się nie działo w Malignant drzwi dla Caul są zawsze otwarte. Przyznam, że dość podobnie wygląda moja relacja z Caul. Projekt ten nie zalicza się i nigdy się nie zaliczał do moich ulubionych. Ale towarzyszy mi już od ładnych kilkunastu lat – w międzyczasie wieloma projektami zdążyłem się zachwycić tylko po to, żeby potem o nich zapomnieć – a do kilku płyt Bretta, które posiadam zawsze te parę razy w roku wrócę miło spędzając z nimi kilkadziesiąt minut.

“The Long Dust” to czwarta płyta wydana dla Malignant (wliczając kolaborację z Kirchenkampf). Powiem tak, nie znam poprzedniej płyty ” Let The Stars Assume The Whole Of Night” Bretta, wydanej dla Hypnos – nie liczę CDr wydanych po drodze – ale nie spodziewałbym się takiej muzyki w tej konkretnej wytwórni. Właśnie takie Hypnos albo np. Projekt są bardziej sprofilowane na dzisiejsze oblicze Caul. Ale to dobrze, w żadnym wypadku nie poczytuję tego za wadę. Nie należy się ograniczać, a jeśli celem nadrzędnym jest dalszy rozwój, można od czasu do czasu nagiąć swoje zasady.

Wszak dźwięki zawarte na “The Long Dust” trudno nazwać ambientem, o dark ambiencie nawet nie wspominając. Co zwraca uwagę jako pierwsze, to szerokie zastosowanie żywych instrumentów z gitarą i perkusją na pierwszym planie. Strukturom samych kompozycji bliżej jest do tego, co tworzą melancholijne zespoły postrockowe, choć nieco tu motywów, powiedziałbym, etnicznych. Serwowanych jednak w dość subtelny sposób. A i trochę majestatu rodem z płyt Dead Can Dance można tu dostrzec, jak w “The Road” chociażby, choć w formie bardziej delikatnej i zwiewnej, bez tej swoistej “przyciężkości” muzyki Lisy i Brendana (żeby nie było, ja bardzo lubię Dead Can Dance). Ale jednak najsilniejsze pokrewieństwo duchowe ma “The Long Dust” z jedną z ostatnich płyt Roberta Richa, “Medicine Box”. Podobne konstrukcje, bliższe tradycyjnym piosenkom niż rozlanym ambientowym plamom, nie tak odległe w gruncie rzeczy klimaty i mimo wszystko silny ambientowy duch unoszący się nad coraz mniej ambientową materią.

Ostre pustynne słońce, pojedyncze słupy wysokiego napięcia okazjonalnie naruszające idealnie równą linie horyzontu. Okładka świetnie koresponduje z atmosferą samej muzyki. Piach, opuszczone zabudowania, upał, ale jednocześnie przepiękne niebo, potęga natury. Strzelam, że pejzaż na okładce został uchwycony w australijskim interiorze. Przyznam, że zawsze chciałem tam pojechać (choć zapewne niekoniecznie wrócić – naoglądał się człowiek “Wolf Creeków” i innych takich). I jeżeli kiedyś taka eskapada dojdzie do skutku, przygotowywać się do niej będę przy dźwiękach “The Long Dust”. Ale nawet jeśli nie, to i tak utkwi w mojej pamięci. To nie jest wybitna płyta. Pewnie za kilka dni powędruje na długie tygodnie na półkę. Ale jakoś jestem dziwnie spokojny, że za dziesięć lat od teraz też sięgnę po najnowsze dzieło Caul, podczas gdy o wielu dzisiejszych ambientowych celebrytach nie będę już nawet pamiętać. Sięgnę i może nie odpłynę w inny wymiar, ale na pewno przyjemnie spędzę kilkadziesiąt minut.

ENG: So once again Caul has landed at Malignant Records. As if Jason’s label is a kind of safe haven for Brett Smith. He released his music in various labels, yet he always has that confidence that no matter what, Malignant’s door is always open for Caul. I have to admit that it seems quite similar to my own relationship with Caul. This project has never been among my favorites. But it accompanies me for quite a few years now – in the meantime, a number of projects managed to impress me, just to be forgotten later. And Caul? I always come back to its music, once or twice a year. And spend some really pleasant time with it.

“The Long Dust” is the fourth album released for Malignant (including the Kirchenkampf collaboration). Let me say this, I don’t know about the previous album by Brett, “Let The Stars Assume The Whole Of Night”, released by Hypnos (I’m not including several CDr-s that came out along the way) but I wouldn’t expect this type of music in this particular label. It’s exactly a Hypnos or Projekt-like type of sound, those labels being more properly tuned into Caul’s contemporary visage. But it’s a good thing that once again we are witnessing this Malignant/Caul marriage – in no way do I count this as a disadvantage. A person shouldn’t limit themselves, and if the main goal is to further develop, you can bend your rules from time to time.

After all, the sounds contained in “The Long Dust” can hardly be called ambient, forget about the “dark” prefix . What draws attention first, is the extensive use of live instruments like guitar or drums. The structure of the compositions is closer to those created by melancholy post-rock bands, but with a few, I’d say “ethnic” themes. Served, however, in quite a subtle manner. Even a bit of Dead Can Dance grandeur can be noticed, like in “The Road”, though in a more delicate and airy form, without this overpowering characteristic in Lisa and Brendan’s music (don’t get me wrong, I really like Dead Can Dance). But still the strongest spiritual kinship in “The Long Dust” is with one of the latest Robert Rich works, “Medicine Box”. Similar structures, closer to traditional songs than blurry ambient soundscapes, not so distant atmospheres and moods, and a strong ambient spirit hovering above not so ambient matter.

Harsh desert sun, single pylons occasionally violating a perfectly smooth horizon line. The cover corresponds well with the atmosphere of the music. Sand, abandoned buildings, heat, but also a beautiful sky, the power of nature. I’m guessing that the landscape on the cover was captured somewhere in Australia. I’ve always wanted to go there (though perhaps not necessarily return – I think I watch too many movies like “Wolf Creek” and similar). And if this escapade ever comes into effect, my preparation soundtrack would be “The Long Dust”. But even if my dreams don’t come true, at least “The Long Dust” will stick in my memory. Not because it’s an outstanding album. In a few days it will probably leave my CD-player for weeks. But somehow I’m oddly confident, that in ten years from now I’ll still be reaching from time to time for the latest work of Caul, while plenty of today’s ambient celebrities will be long forgotten. I’ll probably won’t sail into a different dimension, but will enjoy those couple of minutes with Caul, that’s for sure.

Malignant Records

CAUL – The Long Dust
CD 2013
Malignant Records [TumorCD62]

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s