HAKOBUNE – If It Were To Fade [PL/ENG]

HAKOBUNE – If It Were To Fade
CD 2013
gterma [gterma029]

hakobune

autor recenzji / reviewed by: stark

PL: Ależ płyta. To już jest materiał dla osobników o szczególnej wrażliwości. Dla obcujących z ambientem sporadycznie będzie to album wymagający niebiańskiej wręcz dozy cierpliwości, gdyż słuchanie tego świadomie i uważnie raczej mija się z celem. W przypadku “If It Were To Fade” mamy dwie opcje: albo stapiasz się z tą muzyką w jedno, albo odpadasz. Kompromisu nie ma.

Hakobune pochodzi z Japonii, za projektem stoi Takahiro Yorifuji. Mimo relatywnie krótkiego stażu artystycznego Japończyk zdążył nagrać całą masę albumów kolaborując m.in. z naszym Pleq czy Celer. Dla mnie to jednak pierwsze zetknięcie z tym projektem i myślę, że spróbuję zapoznać się również z innymi materiałami Hakobune, choćby po to, aby sprawdzić czy wszystkie cechuje właśnie tak sugestywne podejście do muzyki.

Mamy tu trzy utwory, a właściwie dwa plus krótką, pięciominutową miniaturkę pod koniec. “Evergreen” trwa minut czterdzieści. “Faraway”, trzydzieści cztery. I albo poświęcamy całego siebie, zapominamy o wszelkich czynnikach zewnętrznych, zamykamy drzwi na klucz, zaciągamy zasłony i rolety, wyłączamy komórkę, nakładamy słuchawki i odpływamy, albo… wkładamy płytę do odtwarzacza, wciskamy “play” i… zapominamy o niej. Tu nie ma półśrodków, wóz albo przewóz.

“Evergreen” to dość ciepły, ale bardzo mglisty, gęsty dron, spod którego leniwie wyłaniają się lekkie muśnięcia strun gitary, jak spływające po szybie pojedyncze krople odchodzącego letniego deszczu. Ciężko powiedzieć, żeby utwór ten się rozwijał, to senna, statyczna impresja, mimo, że trwająca tak długo, to i tak sprawiająca wrażenie wyrwanej z jeszcze większej całości. I tak jak wspominałem, słuchając tego trzymając się wspomnianych wcześniej zasad, odpłyniesz w niebyt, uniesiesz się ponad oceanem i podryfujesz w powietrzu lekki niczym piórko. Jeżeli zaś płytę się włączy i zajmie sprzątaniem mieszkania albo przygotowywaniem obiadu, to nie będzie ona znaczyć więcej niż ptaki śpiewające za oknem czy wiatr muskający dzwoneczki feng shui u sąsiada.

Podobnie sprawa się z “Faraway”, w którym melancholijne, zadumane drony nie brzmią wcale czysto i przejrzyście, lecz jakby płynęły “zza ściany snu” przenikając do królestwa jawy, ale w sposób taki, że tylko wtajemniczeni to zauważają. Choć sama struktura tego fragmentu jest nieco bardziej konkretna, pojawia się zapętlony fragment melodii, jak również quasichóralne brzmienia. Ale fajerwerków formalnych spodziewać się tu również nie należy, to dźwiękowa otulina wokół podświadomości słuchacza. Dopiero zamykająca płytę tytułowa miniatura wprowadza odrobinę zamętu w błogostan słuchacza. Błękit nieba ciemnieje, atmosfera się zagęszcza, drony, z których składa się ten utwór mają bardziej przejmujący, prawie dramatyczny wydźwięk.

To nie płyta dla szukających skomplikowanych struktur formalnych, ciekawostek i niuansów brzmieniowych, jej asceza i minimalizm są posunięte bardzo daleko, nawet ode mnie wymagała sporo cierpliwości żeby się z nią przegryźć. I nie, nie napiszę, że jeżeli poświęci się jej odpowiednią ilość czasu, to zapewni niezapomniane wrażenia i emocje. Ale przy odpowiedniej dozie dobrej woli i przy odcięciu się od bodźców z zewnątrz ten materiał jest w stanie pomóc słuchaczowi oderwać się na tę godzinę z okładem od codziennej rutyny. A potem można odłożyć płytę na półkę, zapomnieć o niej i wrócić kiedy będzie taka potrzeba, kiedy będziemy mieli dość otaczającego nas miejskiego zgiełku. Po to została stworzona.

ENG: What an album. This is material for individuals with a special sensitivity. For those who listen to ambient music occasionally it will require a heavenly dose of patience, because listening to it 100 % consciously and carefully is rather pointless. In this album’s case there are two options: either you fuse with the music as one, or you drop out. Compromise just isn’t possible.

Hakobune comes from Japan, the boss of the project being Takahiro Yorifuji. Despite his relatively short artistic career this Japanese managed to record a whole bunch of albums including collaborations with our Pleq and Celer. For me it’s the very first encounter with this project and I think after this I’ll try to find other materials by Hakobune, even if only to check whether all of them feature so evocative an approach to the music.

There are three tracks, well actually two plus a short, five-minute miniature at the end. “Evergreen” is forty minutes long. “Faraway”, thirty-four. And either we devote all of ourself, forget about all external factors, close the door, close the curtains and blinds, turn off the cell phone, put on headphones and drift away, or… we insert the disc into the player, press “play” and… forget about the music. There is no half-measures, sink or swim.

“Evergreen” is built of quite warm, but very foggy, dense drones, and slowly emerging serene brushes of guitar strings, like drops of summer rain running down the window. It’s hard to say that this track is progressing in any way – its sleepy, static impression, although long, still looks like a torn piece of an even greater whole. And as I mentioned, listening to it and holding to the aforementioned principles, you’ll sail off into oblivion, float over the ocean and drift in the air as light as a feather. But if you turn it on while cleaning the house or preparing dinner, then it won’t mean anything more than the birds singing outside or the neighbour’s feng shui bells skimmed by the wind.

“Faraway” holds a similar atmosphere- melancholic, meditative drones that don’t sound clean and clear, more like they come “from behind the wall of sleep”, penetrating into the kingdom of reality, but in such a way that only the initiated would notice. Although the very structure of this track is a bit more concrete, there is a looped piece of melody, as well as quasi-choral sounds. But don’t expect formal fireworks, its sounds hover around the listener’s subconscious. Only the title miniature brings a small dose of disturbance in the listener’s bliss. The blue sky darkens, the atmosphere thickens, the drones that this track is constructed of have a more poignant, almost tragic overtone.

“If It Were To Fade” is not for those looking for sophisticated formal structures, curiosities and nuances of sound, its asceticism and minimalism are reaching very far, even in my case this release required a lot of patience to wander through it. And no, I won’t write that it will provide unforgettable experiences and emotions if you devote it a reasonable amount of time. But with the right dose of good will and the cutting off of external stimuli, this music is able to help you break away of your daily routine for a bit more than an hour. And then you can put the disc on the shelf, forget about it and come back again when it is needed, when you’ve had enough of the external hustle and bustle. This is its purpose.

gterma

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s