APHOTIC STARFIELD – Of Score and Promise[ENG/PL]

APHOTIC STARFIELD – Of Score and Promise
CD 2013
Nine Gates Records [NGR – 001]

aphotic

reviewed by / autorka recenzji: VITRIOL

ENG: “Of Score and Promise” is the first release of the newly founded Nine Gates Records, a label brought into existence by Mike O’Brien of Melankolia, which promises to stay true to the spirit of underground music by making available the sort of material that, scrutinized under a strictly commercial light, would have had a hard time seeing the light of day. Nine Gates became a reality when a bunch of friends decided to do something out of the need to express and externalize their art, to make a difference and touch the listener’s heart and soul. This is what underground used to be about, before it become a trend. Before it was cannibalized by genre politics, alternative fashion designers, club owners and hipster magazines. When we used to turn on the radio in the middle of the night, staying awake just to listen to our favourite bands, running late for school the next day and getting it from the teacher. When we traded cassette tapes and had long conversations about this and that guitar riff, vocal sequence or particular word in the lyrics. When bands didn’t need a manager, stylist, hairdresser and makeup artist simply to begin making music. Contact with music when we were kids was spontaneous, emotional, enthusiastic, unmediated by all the “do’s” and “don’ts” we have since learned to adhere to. One song could save your life.

Why indulge in this pessimistic nostalgia, you will ask. What’s the point of reproducing the same “old-guy/gal” banter about how things used to be – it’s been done a million times before. First and foremost, because I want to give the kudos due to an artist swimming against the stream by founding Nine Gates. And secondly, because this album is itself drenched in a nostalgic, dreamy mood that gently takes the listener by the hand, and takes them back to those small, precious moments that have long been forgotten. Of a kid tired after play, laying on the grass, feeling the sun in their face. Of the first childhood crush, the first exciting book or record and the new worlds it opened up. Of the way everything was magnified, and one emotion, one event was the center of the world, effacing everything else. During adulthood this type of innocent passion is set aside, sometimes permanently buried, sometimes lurking in the background for one opportunity to breathe fresh air, usually given by art. A recording, a painting, a landscape, a poem or story – these are the things keeping it alive. “Of Score and Promise” can definitely be included in that category of artistic works.

With its ethereal ambient overtones, post-rock/shoegaze framework and abstract thematics, it grabs the listener’s attention immediately, and sets the bittersweet, pleasurable yet at the same time melancholic mood normally found in post-rock releases. You know this experience will be an intimate one, you alone with yourself facing it as it really is, masks off, excuses run out, escape routes blocked. The music is simple, unpretentious, well-crafted. It doesn’t need complex layerings or fancy electronics to make its point. Comprising of 5 tracks the recording runs in about 30 minutes, each track being its own microcosm, functioning independently yet also as part of the whole. There is continuity in the music, but at the same time the tracks are different from one another.

“Her Angelic Figure” begins with a light, ethereal ambient sequence that preoccupies for an enlightened pathway – an encounter with the idealized female entity the title suggests. The calm-inducing sound of waves gently breaking ashore is interrupted by a sample of a male voice, shouting angrily something to do with religion. There is trouble in paradise, the desperate conflict between faiths, the anguished search for God ending in disaster. “Vacuous Existence” continues where the previous track left off, the same angry banter fading out into the distance and an acoustic guitar raising its voice like a prophet in the desert – a sad conclusion of the state of things. This was a very welcome surprise for me, to take such an unusual direction with an otherwise perfectly normal ethereal ambient track.

“We, The Makers of our Own Undoing” is darker, gloomier and contains some elements of martial industrial; orchestral strings, militaristic percussions and some melodic ambient sequences in the background that turn out an intensely cinematic result. The music is characterized by a sensitive nobility, it isn’t so much belligerent as it is dramatic. A wonderful composition, that perhaps wishes to comment on humanity’s war-mongering tactics. The march towards our own extinction is again followed by a brooding, acoustic guitar melody in “A Hope Writ In Portent Cloudspark”, that is transformed mid-track to a long improvisation, accompanied by strings and ethereal ambient. Sadness becomes acceptance, and then hope in what I consider to be the best track of the album. And then the journey ends with “Prospect Took To Land…” that combines many elements from the previous tracks, such as the strings and ethereal ambience, throwing in a beautiful piano melody just for measure. A classic farewell.

“Of Score and Promise” is an album you will keep returning to if you already like this genre, and even if you don’t it will still pleasantly surprise you. It has nothing to envy from well-established names in the field such as Jesu, Mono, Eluvium or Library Tapes, and would certainly be a welcome addition in those rainy days where one just wants to spend some time alone, watching passers-by holding their umbrellas, take a walk in the city streets with an MP3 player, or wait for the rainbow after the storm.

PL: “Of Score and Promise” to pierwsze wydawnictwo nowopowstałej Nine Gates Records, wytwórni, którą do życia powołał Mike O’Brien z Melankolia. Label obiecuje pozostać wiernym duchowi muzyki undergroundowej prezentując ten rodzaj muzyki, która postrzegana z komercyjnego punktu widzenia, raczej nie miała by szans ujrzenia światła dziennego. Nine Gates stało się ciałem, kiedy grupa przyjaciół zdecydowała się podjąć działania wynikające z potrzeby wyrażenia i uzewnętrznienia swej twórczości, chęci zrobienia różnicy, dotknięcia serca i duszy słuchaczy. O to chodziło w podziemiu, zanim stało się to trendem. Zanim zostało zjedzone przez politykę gatunkową, alternatywnych projektantów mody, właścicieli klubów i hipsterskie magazyny. Kiedyś czekaliśmy do późnych godzin nocnych, aby posłuchać w radiu ulubionych zespołów, spóźnialiśmy się potem do szkoły i byliśmy ochrzaniani przez nauczycieli. Wymienialiśmy sie kasetami i prowadziliśmy długie dyskusje na temat tego czy tamtego riffu, partii wokalnych czy konkretnych ustępów w tekstach. Zespoły, aby tworzyć muzykę, nie potrzebowały managerów, stylistów, fryzjerów czy wizażystów. Kiedy byliśmy młodsi, nasz kontakt z muzyką był spontaniczny, emocjonalny, entuzjastyczny. Jedna piosenka mogła uratować życie.

Po co znowu wracać do tej pesymistycznej nostalgii, spytacie. Jaki jest cel powielania tego schematu: poprzekomarzajmy się “jak to kiedyś było dobrze” – przecież to było już przerabiane milion razy. Po pierwsze i najważniejsze, ponieważ chcę wyrazić mój szacunek ludziom, którzy poprzez założenie Nine Gates zdecydowali się popłynąć pod prąd. A po drugie, ponieważ album, o którym będę pisać jest sam w sobie zatopiony w nostalgicznym, sennym nastroju, który delikatnie chwyta słuchacza za rękę i bierze go z powrotem do tych małych, cennych chwil, które dawno zostały zapomniane. Jak wtedy, kiedy zmęczeni po zabawie leżeliśmy w trawie czując słońce na twarzy. Pierwsze dziecięce sympatie, pierwsze ekscytujące książki czy płyty oraz nowe światy jakie one przed nami otwierały. Wszystko było wtedy większe, jedno uczucie, jedno wydarzenie stawało się centrum świata, zamazywało wszystko dookoła. Będąc dorosłym ten rodzaj niewinnej pasji odstawiony jest na bok, czasem zupełnie pogrzebany, czasem schowany w tle, wyczekujący na choćby jedną okazję do zaczerpnięcia świeżego powietrza – z reguły daje nam to sztuka. Płyta, obraz, krajobraz, wiersz albo opowiadanie – to nas trzyma przy życiu. “Of Score and Promise” zdecydowanie zalicza się do tej właśnie kategorii.

Swymi ambientowymi maźnięciami, post-rockowo/shoegaze’owymi ramami oraz abstrakcyjną tematyką, płyta momentalnie przykuwa uwagę słuchacza i kreuje słodko-gorzki, przyjemny lecz jednocześnie melancholijny nastrój, taki, który z reguły można odnaleźć na post-rockowych wydawnictwach. Od razu zdajesz sobie sprawę, że to będzie bardzo intymne doświadczenie, w którym weźmiesz udział wyłącznie ty. Zdejmujemy maski, koniec wymówek, drogi ucieczki zablokowane. Muzyka jest prosta, bezpretensjonalna, dobrze wykonana. Nie wymagająca złożonych struktur, czy jakiejś wypasionej elektroniki aby wyrazić to, co chce wyrazić. Album zawiera 5 utworów w sumie trwających około 30 minut. Każdy z nich tworzy własny mikrokosmos, jednocześnie funkcjonując jako część większej całości. Mamy tu ciągłość w muzyce, mimo, że same utwory dosyć różnią się od siebie.

“Her Angelic Figure” rozpoczyna się jasną, zwiewną partią ambientową, która wprowadza słuchacza na oświecony szlak – spotkanie z wyidealizowanym bytem kobiecym, jak zresztą sugeruje sam tytuł. Cichy odgłos fal spokojnie opływających wybrzeże zakłócony zostaje samplem męskiego głosu gniewnie wykrzykującym coś związanego z religią. Kłopot w raju, desperacki konflikt między wiarami, udręczone poszukiwanie Boga, kończące sie katastrofą. “Vacuous Existence” rozpoczyna się tam, gdzie kończy poprzednik. Wściekłe krzyki nikną w oddali a do głosu dochodzi gitara akustyczna brzmiąca niczym prorok na pustyni wieszczący smutne konkluzje na temat obecnego stanu rzeczy. Dla mnie bardzo miłą niespodzianką okazał się ten właśnie niestandardowy kierunek, w którym podążył pozornie zupełnie normalny kawałek eterycznego ambientu.

“We, The Makers of our Own Undoing” jest mroczniejszy i bardziej ponury, zawierający elementy martial industrial, orkiestrowe smyczki, militarne bębny i nieco melodyjnego ambientu w tle, co w efekcie owocuje mocno filmową atmosferą. Muzyka cechuje się swego rodzaju szlachetną wrażliwością, nie jest zbyt agresywna, za to pełna dramatyzmu. To piękna kompozycja na swój sposób komentująca skłonność ludzkości do wzbogacania się na wojnie. Po tym marszu w kierunku naszej własnej zagłady po raz kolejny następuje chwila zadumy wprowadzona przez gitarę akustyczną w “A Hope Writ In Portent Cloudspark”. W dalszej części utwór przekształca się w długą improwizację, której towarzyszą smyki i zwiewny ambient. Smutek staje się akceptacją, a następnie nadzieją w tym, moim zdaniem najpiękniejszym utworze na płycie. A później nasza podróż się kończy wraz z “Prospect Took To Land…” łączącym wiele elementów z poprzednich utworów jak smyczki czy delikatny ambient dorzucając do tego piękną fortepianową melodię. Piękne pożegnanie.

Jeśli odnajdujecie się w tym gatunku, to “Of Score and Promise” jest albumem, do którego będziecie wracać. A jeśli nie, to myślę, że i tak przyjemnie was zaskoczy. Nie musi wcale zazdrościć takim nazwom jak Jesu, Mono, Eluvium czy Library Tapes, za to na pewno będzie wspaniałym towarzyszem podczas tych deszczowych dni, kiedy chce się spędzić trochę czasu w samotnosci, poobserwować przechodniów z parasolami, wziąć odtwarzacz MP3 i pójść na spacer po mieście albo po prostu poczekać aż po burzy wyłoni się tęcza.

Nine Gates Records

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s