ANDREW KING – Deus Ignotus [PL/ENG]

ANDREW KING – Deus Ignotus
CD 2011
Epiphany [EPIPHANY 06]

autor recenzji / reviewed by: stark

PL: Chyba nie muszę przedstawiać dżentelmena, który sygnuje tę płytę. Naczelny bard albiońskiego odłamu sceny darkfolkowo – industrialnej przedstawia  swoje być może najpełniejsze i najbardziej dojrzałe dzieło, czyli “Deus Ignotus”.

Nie ukrywam, że moim ulubionym dokonaniem Kinga jest jego kolaboracja z Les Sentiers Conflictuels. Na “1888” głosu używał w sposób zgoła odmienny niż na innych płytach, miast charakterystycznych zaśpiewów w sugestywny sposób wcielając się w rolę Kuby Rozpruwacza, jednak ta specyficzna dla niego “brytyjskość” wciąż była tam w sposób aż nadto wyraźny podkreślona. Dużą estymą darzę również materiał The Triple Tree, poświęcony M. R. Jamesowi album pt. “Ghosts”. Tam również muzycy nacisk położyli na staroświecką, może dziś nie wzbudzającą przerażenia, ale wciąż stylową grozę. “Deus Ignotus”, choć z horrorem nie ma nic wspólnego w żadnej formie, w mojej osobistej klasyfikacji muzyki, w której powstanie zaangażowany był Andrew może się gdzieś tam wkleić pomiędzy wcześniej wspomniane płyty. To dobra, choć trudna i wymagająca płyta.

Od razu zwraca uwagę pietyzm z jakim przygotowano całą koncepcję, od idei poprzez dogłębny research aż po realizację całości nie tylko od strony dźwiękowej, ale i lirycznej. Każdy utwór jest szczegółowo w książeczce opisany, jaka jest jego geneza, historia, losy na przestrzeni dziejów, wgłębienie się w niuanse tekstu. Nie jest to oczywiście wywołane wybujałym ego muzyka, klarującego niekumatym co w danej piosence miał na myśli, z tej prostej przyczyny, że żaden utwór na “Deus Ignotus” – przynajmniej w warstwie lirycznej – nie jest autorskim dziełem Andrew Kinga. To wszystko to tradycyjne pieśni ze słowami liczącymi sobie setki lat. Dodałby Andrew jeszcze kilkanaście stron i podręcznik do dawnej literatury angielskiej jak malowany. To robi wrażenie.

Z kolei muzyka, choć w potężnym zakresie zainfekowana tradycyjnymi wpływami, w większości spreparowana została już przez samego artystę. Wspominałem na początku, że twórczość to nieco wymagająca. Wynika to przede wszystkim z konstrukcji i aranżacji kolejnych utworów. King na pierwszym planie stawia swój własny, specyficzny śpiew, którego nie sposób pomylić z kimkolwiek innym. Pełna pasji maniera dla wielu może wydawać się zbyt patetyczna, ale jest to w stu procentach celowy zabieg. Za to należy się szacunek Andrew, który pewnie i świadomie wybrał zgoła archaiczną drogę wokalną.

Na płaszczyźnie instrumentalnej muzyk najczęściej korzysta z tradycyjnych, choć odpowiednio przetwarzanych brzmień, subtelnej elektroniki i surowej rytmiki (świetne wrażenie robi to w “Judas”). Tyle że głos Kinga dominuje nad resztą warstwy muzycznej, aczkolwiek ta również jest dość wysmakowana, choć trudno mówić tu o jakiejś szczególnie bogatej ornamentyce. Nie o to tu chodzi. Najważniejszy jest Andrew i historia, którą snuje. Aczkolwiek warto wspomnieć, że swoje kilka pensów wrzucili tu nie byle jacy osobnicy, mam tu na myśli Huntera Barra i Johna Murphy’ego.

Andrew King to jeden z niewielu muzyków w pełni oddanych swojej stylistyce, nieważne jak odległej od współcześnie uczęszczanych muzycznych szlaków. Wysiłek, jaki został włożony w stworzenie “Deus Ignotus” jest zdecydowanie godny podziwu, zwłaszcza mając świadomość, że obrawszy taką drogę, tak naprawdę nigdy poza pewien wąski krąg słuchaczy się nie wyjdzie. Ja w każdym razie gorąco polecam, bo to kawał szczerej i ambitnej muzyki. I fajny wehikuł czasu.

ENG: No introductions are necessary for the gentleman responsible for this release. The supreme bard of the Albion fraction of the dark-folk/industrial scene presents here perhaps his most complete and mature work, “Deus Ignotus”.

I have to admit that my favourite work that Andrew King was involved in, is his collaboration with Les Sentiers Conflictuels. On “1888” he used his voice in a completely different manner than on other albums, where instead of his characteristic chanting, he assumed the role of Jack the Ripper in a suggestive way. Yet that certain “Britishness” was still there, very clearly defined. I also appreciate The Triple Tree material entitled “Ghosts” where the emphasis was again placed on old-fashioned, perhaps not very frightening by today’s standards, but still very classy and stylish horror. Although “Deus Ignotus” is not related to horror in any form, this album could be included in my personal Andrew King favourites list, somewhere between both releases mentioned above. It’s good, albeit difficult and challenging music.

The first thing that caught my attention was the tremendous reverence with which the whole concept was prepared; from the initial idea through in-depth research to the musical and lyrical realization of the album. Each song is described in detail in the booklet: its origin and story, why and in what shape it has landed on “Deus Ignotus”. This has nothing to do with a musician’s overgrown ego, who would like to clarify for the listeners what is on his mind, for the simple reason that none of the songs on “Deus Ignotus” – at least on lyrical ground – is written by Andrew King. These are all traditional songs with lyrics that are hundreds of years old. If Andrew had added some more pages to the booklet, we would in truth have a great Old English literature textbook in our hands. Impressive work.

The music, though strongly saturated with traditional influences, was mostly prepared by the artist himself. I mentioned above that it’s a challenging work. This is mostly due to the construction and arrangement of the songs as King puts his own, unique voice in the foreground. A voice which cannot be mistaken for anyone else. His passionate manner may seem full of spontaneous pathos, but it is one hundred percent intentional endeavour. Andrew King deserves our full respect for his confident and deliberate choice of such an archaic way of singing. Instrumentally the artist most often uses properly processed traditional sounds, subtle electronics and raw rhythms (this creates a really great impression in “Judas”). But King’s voice dominates over the album, which is quite sophisticated, although it’s rather difficult to talk about some particularly rich sound ornamentation. That’s not the point. Andrew and the story he tells are the most important aspects of this work. However, it is worth mentioning that a few pennies were thrown here by quite an underground bunch of individuals such as Hunter Barr and John Murphy.

Andrew King is one of the very few musicians who are truly faithful to the style they have adopted, no matter how far it is from the current music trends. The effort that has been put into the making of “Deus Ignotus” is absolutely admirable, especially bearing in mind that by choosing this path one would never reach beyond this certain small circle of listeners and fans. I highly recommend it, because it’s an honest and ambitious piece of music. And a really great time machine.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s