:GOLGATHA: – The Horns Of Joy

:GOLGATHA: – The Horns Of Joy
CD 2011
[Trisol] Music Group GmbH [TRI 435 CD]

autor recenzji: stark

Obserwuję ten zespół praktycznie od samego początku działalności. I muszę przyznać, że pomimo całej mojej sympatii dla :GOLGATHA: w życiu bym nie powiedział, że po kilku płytach wylądują w czymś takim jak Trisol. Oczywiście lubię ich płyty, jedną (“Seven Pillars”) nawet bardzo, ale generalnie nigdy nie dostrzegałem w nich jakiegoś specjalnego potencjału komercyjnego, a przynajmniej nie większego, niż pokrewne zespoły z tej samej muzycznej półki. Czymś jednak ująć szefów niemieckiej wytwórni musieli – i dobrze, niech mają.

Natomiast ciekawe też jest to, że jak na moje oko, po przyzwoitym debiucie i znakomitej “Seven Pillars”, każde kolejne wydawnictwo pod względem brzmieniowym i ogólnie, całej otoczki, to krok do przodu, ale w kwestii czysto muzycznej to w najlepszym przypadku, delikatnie mówiąc, stabilizacja na pewnym określonym pułapie, którego za diabła nie potrafią przeskoczyć. A z każdą nieudaną próbą, zapał do kolejnej jest mniejszy.

Nie inaczej sprawa wygląda w przypadku “The Horns Of Joy”. To profesjonalnie zagrany, bardzo dobrze brzmiący zestaw piosenek, których rozpiętość stylistyczna rozciąga się od orientalnego rytuału (w drugim “Fertility” podchodzą nawet pod klimaty znane ze “Spiritchaser” Dead Can Dance), przez bombastyczną muzyczną batalistykę (wybija się zamykający płytę “Death In Honour”), aż po akustyczne neofolkowe piosenki (np. “The Iron Rose”, “Nihil”). W tym tkwi jedna ze słabości płyty, bo ciężko mi tu odnaleźć jakiś wspólny mianownik – poza lirycznym. Większość utworów wydaje się powyrywana z różnych bajek, a to bezstresowemu słuchaniu nie sprzyja. A same kompozycje na moje ucho stworzono jakby bez przekonania. Melodie nie zapadają w pamięć (skoro tworzymy muzykę melodyjną, dobrze by było, żeby takie piosenki chodziły potem za słuchaczem) i generalnie mało tu fragmentów, które by mnie porywały. Czymkolwiek: siłą, delikatnością, epiką, mrokiem. To wszystko tutaj można znaleźć, ale jednocześnie przypomina się to przysłowie o kucharkach… Także wokale nigdy nie były mocną stroną :GOLGATHA:. Przynajmniej te męskie, bo zaśpiewy Sorakey z reguły brzmią bardzo ładnie. Na szczęście zespół lubi zapraszać znamienitych gości, aby ci wspomogli ich przynajmniej w jednym utworze swoim głosem – na “The Horns of Joy” jest to Dev z While Angels Watch i muszę przyznać, że “The Sound of War” z jego udziałem, to mój ulubiony segment albumu.

To nie jest tak ogólnie zła płyta. Jest rzetelna, zawodowo przyrządzona. Ale przy tym wszystkim zbyt mocno przypominająca produkt na sprzedaż, a nie dzieło sztuki. Ja się chcę zachwycać i wzruszać muzyką – współczesne wcielenie :GOLGATHA” mi tego nie gwarantuje.

Trisol

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s