DER BLUTHARSCH – Flying High!

autor recenzji: nichtig

DER BLUTHARSCH – Flying High!
CD 2009
WKN [WKN 34]

Ten album to nie martial industrial, ale (tytuł nie kłamie) wysokich lotów czysta psychodela. Onegdaj zraziłem się do Austryjaków, zważywszy na ich zmianę artystyczną i – wydawałoby się – światopoglądową. To drugie było raczej mylnym wrażeniem, bo kto twierdzi, że “poważne” hołdowanie duchowi Starej Europy w faszystowskiej estetyce przeczy sposobowi życia nastawionemu na luksusową, butną, dekadencką przyjemność, czerpaną z życia nastawionego na elitarystyczną Freiheit? Hasła: “moje ciało jest świątynią rock’n’rolla” albo “mundury się zmieniają, rock’n’roll jest wieczny” dalej uważam za cokolwiek smrodliwe i zalatujące jakimś obślizgłym hedonizmem, ale do diabła, “symbols had shatter” i niechaj się thelemicznie raduje ten, kto chce i potrafi i kto zabezpieczył sobie świeże powietrze lebensraumu, a Albin jest chyba wzorcowym przykładem takiego człowieka. Zresztą, do diaska, ile można przerabiać stare militarne motywy muzyczne i udawać, że wznoszenie prawicy do takich, czy innych flag i krzyży to nadal poważny biznes.

“Flying high” to przebojowe bachanalia, kunsztowna muzyczna uczta w duchu Dionizosa (czyli Lokiego). Melodyka nadal posiada tą derblutharschową specyfikę, ale zamiast bufonady mamy snobistyczne luzactwo, pijano-naćpaną taneczność, przy czym prym wiedzie psychodeliczny elektryk, a dalej aroganckie, i chyba bardziej śpiewne niż dotychczas wokale, no i te ich folkujące syntezatory czy inne akordeony i trąbki – niechaj wilk, lis, czy inny kruk sfajda się na moją recenzencką ścisłość. Nie ma werbli i wagnerowskiego patosu, czy udawania ostatnich sprawiedliwych, słowem przeczenia lekkości ducha, a lekkość ducha w kalijugowych ramach, do tego trubadurowana z niemałym kunsztem to coś, co zasługuje na respekt, co ja mówię, na toast, fuknięcie, makiwarę i pęczek łysiczek. Słuchałem tego 6 milionów razy w różnych stanach świadomości, zawsze odnajdując w tym pewną ulgę od tak doskwierającego pewnym naturom niedostatku poczucia suwerenności, no i oczywiście też ulgę od vom Geist der Schwere. Kto szuka propagandystów, niech ich szuka gdzie indziej, ja tam wolę podążyć satyryczym orszakiem – i jak dobrze pójdzie – pochodzić po górach i chmurach, a nie udawać oblężonego pod Stalingradem. Wszystkie te Von Thronstahle, Kriegsfall-U, Argentum i inni mniej lub bardziej poważni “martialowcy” czy cokolwiek, przy wiedeńskich dewiantach jawią mi się jako patetyczne koguty, którym niech klerycy rzucają opłatki do podziubania.

Miłość, Nienawiść, Natura. Przeciw moralności i przeciw kiepskiej muzyce. Nowe Der Blutharsch rozbrzmiewa w eterze, a Wieczny Powrót wnet przestaje się wydawać perspektywą rodem z grafomańskiego horroru. Aha, album jest zróżnicowany i bogaty, o nudzie nie ma mowy, z piosenek (sic!) w pozytywnym znaczeniu tego słowa, przemyka ku transowej i nawet lekko rytualnej nie-piosenkowości. Pobrzmiewają więc i jakby echa The Moon Lay Hidden Beneath a Cloud. Zresztą, co komu pobrzmiewa… Hear ye!

WKN

Advertisements

4 responses to “DER BLUTHARSCH – Flying High!

  1. >>Zresztą, do diaska, ile można przerabiać stare militarne motywy muzyczne i udawać, że wznoszenie prawicy do takich, czy innych flag i krzyży to nadal poważny biznes.

    hłe, hłe, odsyłam do niektórych moich recenzji z postindustry… ja już czasem dziwnie się czuję, kiedy po raz kolejny piszę “werble i kotły”, “neoklasyczne aranżacje”, “dźwięki trąb i smyczków”, “fragmenty żołnierskich pieśni” etc., ale ni ma rady – nie jestem w tej stylistyce wybredny. A “Flying High” raz przesłuchałem i jakoś… nie podeszło mi, ale kto wie, może jeszcze się w tym brzdąkaniu odnajdę.

  2. >>ale zamiast bufonady mamy snobistyczne luzactwo, pijano-naćpaną taneczność

    toż to się z bufonadą nie wyklucza

  3. >>ja tam wolę podążyć satyryczym orszakiem – i jak dobrze pójdzie – pochodzić po górach i chmurach, a nie udawać oblężonego pod Stalingradem. Wszystkie te Von Thronstahle, Kriegsfall-U, Argentum i inni mniej lub bardziej poważni “martialowcy” czy cokolwiek, przy wiedeńskich dewiantach jawią mi się jako patetyczne koguty, którym niech klerycy rzucają opłatki do podziubania.

    To ja zostaję oblężonym kogutem jednak 🙂

  4. Austriacy miewali lepsze i gorsze momenty, jednakże każda następna płyta DB prędzej czy później trafiała do mojego odtwarzacza. Nie mogę stwierdzić, że dorastałam przy ich muzyce, lecz z pewnością towarzyszyła mi ona w trakcie tego procesu. Złego słowa na Albina i spółkę nie dam powiedzieć.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s