SVARTSINN – Elegies For The End

SVARTSINN – Elegies For The End
2CD 2009
Cyclic Law [26th Cycle]

Nie wszystko złoto, co się świeci. Podobały mi się poprzednie dokonania SVARTSINN dlatego bardzo byłem ciekaw następcy “Traces Of Nothingness”. Przedłużająca się przerwa między wydaniem obydwu płyt ostatecznie wyniosła cztery lata – można było spodziewać się czegoś naprawdę kapitalnego i dopracowanego do ostatniego szczegółu. Cóż, “Elegies for the End” to nie jest zły materiał, ale ja czuję się bardzo zawiedziony.

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda pięknie, ascetyczne lecz estetyczne opakowanie, dwie płyty w środku, wydawcą wciąż Cyclic Law, które myli się rzadko. Wrzucając pierwszy krążek do odtwarzacza przez moment autentycznie się przestraszyłem, że padł mi sprzęt albo dostałem uszkodzony egzemplarz. Cztery utwory? Niecałe trzydzieści pięć minut? Coś chyba jest nie tego. Sprzęt jednak działa zupełnie poprawnie, okazuje się, że to kolega Jan Roger się nie za bardzo wysilił. Same utwory nie są najgorsze, nieco inne w klimacie niż na “Traces Of Nothingness”, mniej w nich typowego ambientowego mroku, a więcej – jak sam tytuł wskazuje – elegijnej, żałobnej, choć niepozbawionej odrobiny światła i nadziei atmosfery. Moim zdaniem bardzo SVARTSINN się zbliżył do dokonań Kammarheit, a taki otwierający płytę “Vemod” z powodzeniem mógłby znaleźć się na “The Starwheel”. Problem polega jednak na tym, że kawałki te brzmią według mnie dość ubogo, poza pierwszym planem niewiele się tak naprawdę dzieje, przez co “Elegies for the End” słabo wytrzymują porównanie choćby z kilkoma płytami, którymi tu się ostatnio zachwycałem i kilkoma, którymi pozachwycam się w najbliższym czasie. To wciąż ambient wysokiej, europejskiej klasy, bardzo przyjemny w odsłuchu, ale tak jakby SVARTSINN zatrzymał się nieco w rozwoju. Spróbował zupełnie odmiennego podejścia w kwestii atmosfery, zaniedbując jednak samą strukturę i budowę kompozycji. No i te nieszczęsne pół godziny muzyki. Ale, ale… jest jeszcze druga płyta.Tyle, że drugi krążek to po prostu dziesięć remiksów starszych utworów SVARTSINN spreparowanych m.in. przez kolegów z Triarii, Kammarheit czy Letum. A moja opinia na temat remiksów jest podobna jak na temat filmowych remake’ów: czasem wychodzą ciekawie, częściej słabo i niepotrzebnie, a ogólnie to najzwyklejsze w świecie pójście na łatwiznę. I tu “Elegies for the End” nie jest wyjątkiem.

Nie pozostaje mi zatem nic innego jak poczekać na kolejny album SVARTSINN. Ten nie zachwyca, ale trudno przecież tak od razu skreślić ten norweski projekt. Wciąż słychać klasę i biegłość w tworzeniu ciemnych klimatów, ale życzyłbym sobie, żeby następnym razem trochę bardziej się do tego przyłożyć. Nawet jeśli miałoby to zająć kolejne cztery lata.

Cyclic Law

Advertisements

One response to “SVARTSINN – Elegies For The End

  1. To wydawnictwo również mnie nie zachwyciło, a tych remiksów według mnie w ogóle nie powinno być, bo tak jak jest napisane – to zwyczajne chodzenie na skróty i poza tym wydaje mi się, że to tylko jeszcze bardziej psuje oryginalną wersję danego utworu niż ją urozmaica. Szkoda, bo Svartsinn ma swój styl i stać go na więcej. Jak dla mnie jedna z najsłabszych pozycji z Cyclic Law, ale może następna płyta będzie bardziej przemyślana.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s