Relacja z 3 CoCart Music Festival 2011


Niekłamaną przyjemność wywołało u mnie dojście do skutku trzeciego CoCart Music Festivalu w Toruniu. Po traumie z poprzedniego roku wywołanej odwołaniem festu z powodu żałoby narodowej, spodziewać można się było wszystkiego, zwłaszcza zważając  na ostatnie wydarzenia w Japonii. “La Cause était entendue” , 3 CoCart Music Festival  przeszedł do historii.

Dwa dni obcowania z audiowizualnymi projektami w industrialnym garażu CSW, naładowały mnie dostatecznie energetycznie aby przetrwać  kryzys związany z  wiosennym  przesileniem. Spotkania po latach, spacery w śniegu i długie, zakrapiane rozmowy w klubie NRD na długo zostaną w mojej pamięci.

Festiwal rozpoczął się dość punktualnie w piątkowy wieczór. W tym roku rolę konferansjerów objęli  współorganizatorzy, członkowie zespołu Hati. Garaż wypełniony był po brzegi, organizacyjnie wszystko dopięte na ostatni guzik, pozostało tylko cieszyć się dochodzącymi ze sceny dźwiękami.

Z piątku najbardziej zapadł mi w pamięć występ Antoine Chessexa – saksofonisty, improwizatora mieszkającego w Berlinie ( jak  obecnie cała śmietanka sceny ). Noise na saksofonie to było coś! Dostaliśmy nawet zatyczki do uszu, co by się zanadto  nie uszkodzić. I przyznam, głośno było. Choć sam artysta wyznał mi, że spodziewał się, iż da się wycisnąć więcej a i co wytrawniejsi odbiorcy noise też marudzili, że nie czuli wibracji w swoich trzewiach. Antoine kroczył po scenie w prawie kompletnych ciemnościach, dmuchał w ów instrument, miotał nim, machał, aż wydawać się miało, że zaraz ciśnie nim o podłogę. Na koniec zagrał unplugged, prezentując swoją cyrkularną technikę gry na instrumencie. Było godnie.

W dziwną wycieczkę na bagna i nieokiełznane przestrzenie przyrody zabrał nas  tego wieczoru Dave Phillips . Koncert odbył się bez udziału światła, co umożliwiło całkowite oddanie się kontemplacji. Na koniec występu wręczono widowni karteczki z tekstem w którym postawiono pytanie : Dlaczego istnieją owady? Wystarczające, aby zrozumieć, że ma się do czynienia z artystą bardzo zaangażowanym.

Wizualnie najładniej wypadł tego wieczoru PAS- Post Abortion Stress, którzy przybyli do nas aż z dalekich Stanów Zjednoczonych. Po opisie w Internecie spodziewać się było można  muzycznych kolaży, abstrakcyjnych dźwięków i eksperymentalnego video w tle. Zespół spełnił powyższe oczekiwania, dając występ na na prawdę wysokim, solidnym poziomie.

Nieco bardziej “klasycznym” występem uraczył nas Michael Vofeld. Artysta grający  na perkusji i instrumentach strunowych własnego projektu.  Nie jestem fanką tego rodzaju improwizacji, niemniej występ mnie zaciekawił. Głównie ze względu na naturalność wydobywających się dźwięków oraz  sposób autoprezentacji artysty.

Po koncertach klasycznie już zebrani udali się  na wspólne  biesiadowanie do klubu NRD. Przyznam, że po tej dwuletniej przerwie klub objawił mi się w innym, nieco mniej korzystnym świetle. Wyglądało na to, że został on przejęty przez  mało sympatycznych hip-hopowców a jego walory artystyczne strasznie podupadły. Zdezelowana ubikacja bez światła i psujący się sprzęt muzyczny tylko dopełniły całokształtu nędzy u rozpaczy. W efekcie wiele przybyłych tam osób, zwyczajnie szybko opuściło klub. Miejmy nadzieję, że organizatorzy wezmą to sobie za punkt honoru i przy kolejnej edycji spotkać się będziemy mogli w bardziej przyjaznym miejscu.

Sobota obfitowała w mnogość smacznych i interesujących doznań słuchowych. Nie będę się tu trzymała kolejności zespołów, raczej intensywności wrażeń.

Swój drugi festiwalowy występ  zaprezentował  Dave Philips. Tym razem był to swego rodzaju  muzyczny performance, mający na celu poszerzenie świadomości i wywołanie efektu  katharsis. Odważne video, pokazujące brutalną przemoc na zwierzętach, sceny z rzeźni, laboratoriów. Jednym słownej masa krwi i cierpienia okraszona agresywnym podkładem dźwiękowym. Zabrzmi może  banalnie jeśli powiem : tylko dla ludzi o mocnych nerwach, ale sądząc po reakcji publiczności, płaczących nastolatkach i ich zniesmaczonych partnerach, wypadało by jednak przygotować widownię na taki szok.

Odkryciem festiwalu był dla mnie natomiast polski projekt Nemezis.  Czterej członkowie zespołu wyrzeźbili kawał dobrej muzyki przy jednym stole – zdecydowanie są godni polecenia. Całość dopełniły  wizualizacje przygotowane przez grupę Suka Off i malarkę Malwinę de Brade.

Obejrzeć mogliśmy  też weterana sceny,  A. Tietchens’a, który pisze tak o  sobie pisze: „żadnych studiów, żadnej edukacji akademickiej, po prostu czysta autoedukacja, nauka przez działanie. Jestem swym własnym mistrzem”. I mistrzem jest w rzeczy samej. Choć słyszałam głosy z sali mówiące, że niekoniecznie ktoś chciałby widzieć swojego dziadka grającego w garażu podczas festiwalu. Cóż, kwestia gustu, ja mając takiego dziadka bym nie narzekała.

Duet Todd Carter & Raymond Salvatore Harmon zaprezentowali piękne połączenie analogowych instalacji video z  fragmentami muzyki  z nigdy nie publikowanych nagrań z prób Sun Ra . Totalna improwizacja sfery video wywołała piorunujący, niesamowity efekt.. Jak dla mnie był to występ z  najwyższej  półki. Nic oddać nic ująć.

Ciekawie zaprezentował się też pochodzący z Francji “musical travel agent” Philippe Petit. Energetyczne gramofonowe trzaski, piski smyczków oraz  pojękiwania członka zespołu PAS, zbudowały fajną w formie i konstrukcji prezentację.

Na zakończenie dodam tylko, że  jeśli organizatorzy będą nadal parli do przodu i opierali się przeciwnościom losu jak dotychczas, to pozostaje mi trzymać kciuki i zachęcić każdego amatora dobrego dźwięku za rok do Torunia.

2 responses to “Relacja z 3 CoCart Music Festival 2011

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s